„Gdy cierpiąc męki w Otchłani, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie” (Łk 19, ).
Ostatnio usłyszałem od pewnego księdza- egzorcysty, że ci, co mówią tylko o miłości Boga , a nie o grzechu głoszą antyewangelię. Bo ludzie się wtedy nie nawracają. Konsekwentnie, antyewangelia to takie nauczanie, które pomija mówienie o piekle i wiecznym potępieniu. Całkiem niedawno natrafiłem także na wypowiedź ks. Roberta Skrzypczaka, który pyta podczas pewnego spotkania, dlaczego Maryja odsłoniła rąbka tajemnicy piekła w Fatimie, pokazując dzieciom zarówno ogień jak i cierpiące w nim tłumy. Ks. prof uważa, że zapewne stało się tak dlatego, że ludzie nie przyjmują Bożego Miłosierdzia i gdyby dzisiaj nastąpił koniec świata, większość ludzi wylądowałaby w piekle.
Jaki skutek miałoby spowodować mówienie w taki sposób o piekle, które, bez cienia wątpliwości, jest konsekwencją grzechu? Ano taki, że ludzie by się szybciej nawracali. Naprawdę? To nic tylko nakazać odgórnym dekretem papieskim, aby w każdą niedzielę dobitnie i z odpowiednim tonem czytać wszystkie cytaty, gdzie Jezus mówi o potępieniu i przypominać tajemnicę fatimską. I to sprawę załatwi. No jeszcze Papież mógłby bardzo przysłużyć się kaznodziejom, bo już by nie musieli komentować Ewangelii i w ten sposób mieliby więcej czasu, który zaoszczędziliby nie przygotowując homilii.
Oczywiście, ironizuję. Ale jest taki nurt w Kościele, wedle którego człowieka można uczynić cnotliwym za pomocą strachu i negatywnej motywacji. Z doświadczenia wiemy, że negatywna motywacja być może często rzeczywiście skłania człowieka do działania, np, ból albo totalna bezsilność wobec uzależnienia, kiedy człowiek zda sobie sprawę, że traci życie, relacje, pracę, pieniądze, wiarę itd. Ale gdyby tylko na tym poprzestać, to efekty działań naprawczych będą mizerne i krótkotrwałe.
Nie przypuszczam, by ks. Skrzypczak uważał, że aby zmienić serce człowieka wystarczy mu przypominać prawdę o istnieniu piekła, ale nawet jeśli wizja piekła z Fatimy ma za zadanie tylko wstrząsnąć sercami ludzi, to i tak uważam, że mówienie w taki sposób o piekle nie idzie po linii Ewangelii.
Dlaczego? Bo w naszym katolicyzmie zanurzonym po uszy w moralizmie, nawrócenie uznajemy za odstąpienie od grzechu albo nieczynienie zła. Jednak na początku swego nauczania Jezus mówi, że nawrócenie polega na uwierzeniu w Dobrą Nowinę albo na przyjęciu królestwa Bożego jak dziecko. To prawda, że częścią Dobrej Nowiny jest odsłonięcie człowiekowi jak wielkim dramatem dla niego i ludzkości jest grzech, ale o wiele ważniejsze jest objawienie Boga jako daru dla człowieka. Ale przekonać o miłości Boga nie da się na siłę. A ponieważ, jak uważamy, ludzie „muszą” przyjąć Boga, wtedy uruchamia się pedagogię strachu i przymusu psychicznego. To pedagogia bezsilności wobec wolności człowieka, której my, duchowni, często nie potrafimy znieść. Co więcej, widząc, że jakaś część ludzi bywa istotnie obojętna na Ewangelię, (chociaż ja bym tu dodał, że jeśli oni usłyszeli tylko taką „Dobrą Nowinę” jak wyżej, to sie im wcale nie dziwię, że mają w nosie „Ewangelię”), sam głoszący czuje się niepewny, „obojętność” innych wywołuje w nim lęk, no więc, żeby obronić kruchą wiarę w sobie, zaczyna straszyć i mówić głównie o piekle, bo jego zdaniem miłość jest za słaba, by zmienić człowieka. I trochę „naiwna”.
Katechizm Kościoła mówi, że do przyjęcia Boga jako miłości wiedzie świadectwo miłości ze strony wierzących oraz kontemplacja. Niesamowita jest jedna z katechizmowych definicji tej modlitwy: „Kontemplacja jest modlitwą dziecka Bożego, grzesznika, któremu przebaczono, który zgadza się na przyjęcie miłości, jaką jest kochany, i chce na nią odpowiedzieć jeszcze bardziej kochając”(KKK, 2712). Czy można zmusić człowieka strachem lub manipulacją do zgody na przyjęcie miłości? Nigdy. Można nim wstrząsnąć, ale jeśli nic więcej potem nie nastąpi podobne to będzie do uczestników pogrzebu, których śmierć bliskiej osoby wstrząsnęła, zatrzymała, skłoniła do refleksji. Ale musi być coś jeszcze, aby od tej okoliczności przejść do autentycznego nawrócenia. Coś pozytywnego.
Czy Jezus w dzisiejszej Ewangelii stosuje podobną pedagogię? Dlaczego pokazuje nam bogacza cierpiącego w płomieniach? Czy dlatego, że chce postraszyć słuchaczy? Nie sądzę. Na pewno ukazuje pewne konsekwencje ludzkich wyborów i chce skłonić do poważnego podejścia do życia.
Moim zdaniem głównym problemem ewangelizacyjnym Kościoła dzisiaj nie jest to, że za mało mówimy o piekle i grzechu. U nas w Polsce to niemal na okrągło tłuczemy o grzechu, o zagrożeniach, o tym, jacy to jesteśmy egoistyczni itd. I co? Odnotowujemy masowe nawrócenia, czyli przyjmowanie miłości Boga, dzielenie się dobrami i miłością z innymi? Nie. Myślę, że za mało mówimy o darach Ducha i o cnotach. Sobór Watykański II uczy, że „święta i organicznie ukształtowana natura społeczności kapłańskiej aktualizuje się przez sakramenty i przez cnoty” (Lumen gentium, 11) Kapłaństwo wszystkich wiernych realizuje się przez składanie ofiary Bogu poprzez ćwiczenie się w cnotach, a nie przez same wyrzeczenia i umartwienia. Nie ma wzrostu w cnotach bez darów Ducha Świętego, ale same dary też nie wystarczą, jeśli nie będzie ćwiczenia. Chodzi o cnoty moralne, intelektualne, relacyjne. A tych zdolności człowieka do czynienia dobra nie da się za Chiny ludowe wypracować za pomocą strachu. W ogóle w życiu wiary nie chodzi o to, by coś dobrego robić, ale by robić to z odpowiednią intencją. Oczywiście chodzi o czyniącego dobro, bo dla tego, komu się świadczy dobro, intencja czyniącego jest drugorzędna.
Jeśli do Ludu Bożego musimy mówić o potępieniu, o piekle, bo sądzimy, że już nic innego nie pomoże, przyznajemy się tym samym do duszpasterskiej porażki.
Ale do cnoty nie da się zmusić. Do cnoty musi nas pociągać pozytywna motywacja, ale i nawet ona nas nie zmusi do ćwiczenia. W Katechizmie czytamy: „Cnoty zapewniają one łatwość, pewność i radość w prowadzeniu życia moralnie dobrego. Człowiek cnotliwy to ten, który dobrowolnie czyni dobro” (KKK, 1804) „Człowiek cnotliwy jest szczęśliwy, praktykując cnoty.” (KKK, 1810)
Jeżeli ktoś uważa, że przypominając ludziom o potępieniu sprawimy, że staną się cnotliwi albo że wystarczy unikać grzechu, choćby tylko ze strachu, to chyba nie wie, co to jest moralność i na czym polega życie wieczne. Katchizm nazywa moralność „życiem w Chrystusie”, a nie „życiem w przypodobaniu się Bogu ze strachu”

0 komentarzy