Zaznacz stronę

O koniecznej śmierci, która jest traceniem i dawaniem siebie i o „entropii” w Bogu

23 kwietnia, 2026

„Jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne” (J 12, 24-25)

Jezus mówi w tej dzisiejszej Ewangelii o pozornej sprzeczności. A powstaje ona wtedy, gdy rozszerzymy nasze spojrzenie na życie i śmierć. I ich ocenę. Zwykle życie uznajemy za coś pozytywnego, śmierć za coś negatywnego. Co więcej, dla naszego doświadczenia istnieje tylko to obecne życie. Natomiast Jezus mówi, że ze śmierci rozumianej oczywiście w określony sposób rodzi się obfity owoc oraz że dzięki niej dziedziczy się ( bo nie osiąga jak to czasem mówimy) życie wieczne.

Ale zanim przejdę dalej do przyjrzenia się bliżej temu paradoksowi, parę uwag.

Po pierwsze, Jezus na różne sposoby mówi w Ewangelii, że pomiędzy naszym światem, życiem biologicznym, naturalnym, społecznym istnieje jakieś podobieństwa do życia wiecznego, do Boga. Oczywiście „jakieś’, bo większe jest raczej niepodobieństwo. Ten sam Jezus objawia nam Ojca, który jest tak różny od naszych wyobrażeń, tak bardzo nie odpowiada naszym oczekiwaniom, sposobowi urządzenia sobie tego świata, że ciągle próbujemy Go tworzyć na nasz obraz i podobieństwo, aby Bóg był taki jak my, choć Ewangelia mówi, że mamy stać się podobni do Ojca.

Po drugie, kiedyś rozmawiałem z człowiekiem, który oburzał się na zdanie Jezusa, aby nie kochać swego życia na tym świecie i je znienawidzić. I ja go całkowicie rozumiałem. Dlaczego? Bo on rozumiał miłość/nienawiść do życia w języku psychologicznym, słusznym i prawdziwym. Powinienem kochać samego siebie, cenić, znać swoją wartość, dbać na ile to możliwe o siebie. Nienawiść do siebie to rzecz zła. I właśnie cały problem jest w tym rozumieniu słów, w interpretacji. Wcale się temu człowiekowi nie dziwiłem. Trudno też oczekiwać, aby to wiedział. Właśnie na tym polega jedno z zadań Kościoła i wyświęconych szafarzy, katechetów, aby wyjaśniali Pisma, czyli podawali jego właściwą interpretację. Bo Jezus tutaj wcale nie myśli o miłości i nienawiści w naszym dzisiejszym rozumieniu tych słów.

Po trzecie, podobny problem jest z wieloznacznością innych słów w Biblii. W dzisiejszym fragmencie Ewangelii padają dwa określenia greckie „psyche” i „zoe” oznaczające odpowiednio „duszę na tym świecie” oraz „życie wieczne”. Jest jeszcze trzecie określenie życia „bios”, które bardziej zwraca uwagę na jego biologiczny aspekt. „Psyche” to raczej bliżej byłaby biblijnego serca, to znaczy pewnego centrum, gdzie jest rozum, wola, uczucia, czyli jest to uwypuklenie tego wewnętrznego wymiaru życia. „Bios” bardziej zwraca uwagę na zewnętrzny aspekt życia: musimy zaspokajać potrzeby, jeść, pić, zabiegać o różne rzeczy. „Bios” z „psyche” są ze sobą ścisle związane. „Zoe” przekracza, a nie eliminuje zarówno „bios” jak i „psyche”, jest życiem wiecznym, życiem Boga, czyli tak naprawdę zawiera w sobie „psyche”, (Benedykt XVI powiedziałby „eros”) oraz miłość na wzór Boga, miłość samego Boga, czyli agape. Życie wieczne można przyjąć, ale nie ma go, przynajmniej według Ewangelii św. Jana, każdy człowiek po urodzeniu. Jest oświecony przez Słowo, przez światłość, ma w sobie obraz Boga, ale żeby osiągnąć podobieństwo do Boga, musi świadomie przyjąć miłość „z góry”. Życia wiecznego i miłości Boga nie można go kupić. Ono się zaczyna już teraz od przyjęcia wiary, nadziei i miłości. Wyraża się w tych trzech cnotach, a najbardziej w miłości, którą zabierzemy ze sobą na tamten świat.

Po czwarte, Jezus i samo Wcielenie, a także Ewangelie pokazują, że nie istnieje radykalna przepaść między stworzeniem a Bogiem, zwłaszcza między Bogiem a stworzeniami rozumnymi. Owszem, Bóg jest radykalnie inny, przekraczający nas w sposób nieskończony, ale zarazem jest Bogiem bliskim. Problem w tym, że przez wieki wykopaliśmy ogromną przepaść, także w Kościele, by podkreślić/uwypuklić konieczność łaski otrzymywanej przez wiarę, między „dziełem stworzenia a dziełem odkupienia”, jakby samo stworzenie i podtrzymywania całego wszechświata nie było dziełem miłości i laski Boga, jakby nam sie ono należało. No i stąd, jak powiada Benedykt XVI, także w Kościele powstała niechęć, pewnego rodzaju dualizm między erosem a agape, Do tego doszły jeszcze wpływy późnoaugustyńskiej teologii o zepsuciu człowieka, o tym że grzech pierworodny przechodzi na ludzi przez współżycie seksualne. Skrzętnie wykorzystali to i janseniści, i pewne koncepcje człowieka w Kościele Reformacji. Anders Nygren w książce „Agape i eros” argumentował, że miłość ludzka i miłość boska (agape) nie mają ze sobą nic wspólnego, ponieważ natura ludzka została tak zepsuta przez grzech, że tu na ziemi już nic się z nią nie da zrobić. Stąd także w Kościele ulegliśmy na skutek różnych walk, herezji, schizm tym pokusom. Nieufność do seksualności, do ciała, do nauki, do ludzkiego sumienia (które oczywiście z zasady „błądzi” i się myli) to oznaki radykalnego rozdziału między stworzeniem a odkupieniem. No i gdy przeciętny wierny słyszy o życiu wiecznym i królestwie Bożym, to sądzi, że chodzi o „coś” dopiero po śmierci, nie teraz.

Jezus mówi dzisiaj o specyficznym rodzaju śmierci i specyficznym rodzaju nienawiści.

Zauważa najpierw, że w świecie, zachodzi taka prawidłowość: ziarno wrzucone w ziemie wyda owoc jeśli obumrze. I tak się często dzieje siłami natury. Tak to zostało zaplanowane przez Stwórcę. Jezus wykorzystuje tę prawidłowość porównując człowieka wierzącego, najpierw siebie samego do ziarna pszenicy. I twierdzi, że podobny proces jak ziarno musi przejść On i jego uczniowie. Tylko że ten proces radykalnej przemiany i ofiary nie następuje siłami natury czy erosa, lecz mówi być wybrany pod wpływem innego rodzaju „siły” i motywacji. I tutaj pojawia się niepodobieństwo do ziarna pszenicy, Bo ono robi tak nielmalże automatycznie. Człowiek ma zrobić to samo, ale z wyboru.

Mowa więc tu o jakimś rodzaju śmierci, przeobrażenia, zostawienia, ofiarowania nie pod wpływem grzechu albo za karę za coś albo dlatego, że człowiek musi zostawić za sobą coś złego, szkodliwego. Nie. Mowa tu o poświęceniu życia, czegoś dobrego, aby był obfity owoc. Nie polega to na zadawaniu sobie cierpień, na szukaniu ich, na widzeniu w samym cierpieniu narzędzia i środka zbawienia. W jednej z modlitw podczas Eucharystii mówimy, że Jezus przez swoją śmierć dał życie światu. Istotnie, była to śmierć biologiczna, ale zwłaszcza w Ewangelii św. Jana Jezus mówi, że nikt Mu tego życia nie zabiera (chociaż istotnie to ludzie Mu je odebrali), ale że on sam je wydaje, aby wszyscy wierzący w Niego mieli życie wiecznej. W II Modlitwie Eucharystycznej mówimy, że „dobrowolnie wydał się na mękę” . I trzeba tu zaznaczyć, że nie chodzi tutaj o samobójstwo czy rezygnację z życia, za którym stoi zwątpienie, nihilizm, rozpacz.

Natomiast gdy Jezus mówi o miłości bądź nienawiści do swojego życia na podobnej zasadzie jak w innych Ewangeliach mówi o miłości i nienawiści do swoich rodziców, krewnych itd. Miłość oznacza tutaj przywiązanie a nienawiść wolność wewnętrzną. Jeśli istnieje tylko to życie obecne, to wtedy trudno kogoś przekonać, aby się nie przywiazywał i do życia, i do siebie samego. Jeśli natomiast istnieje coś znacznie większego, już tu obecnego i działającego, w czym człowiek znajduje spełnienie i to „coś” go nie przywiązuje do siebie ani człowiek nie jest w stanie przywiązać się do tego „coś”, tworząc sobie bożka, a my nazywamy to „coś” Bogiem, to wtedy konieczna i możliwa jest wolność wewnętrzna.

Myślę, że pewną pomoc w zrozumieniu dzisiejszej Ewangelii może nam zaoferować współczesna fizyka. Mówimy w niej o tzw, entropii. Najprościej rzecz ujmując entropia to pewien chaos, oddziaływanie cząsteczek, jest to miara rozpraszanej energii. Jeśli zagotujemy wodę w czajniku i ją pozostawimy to po pewnym czasie traci ona ciepło. Entropia jest pozytywna i rośnie. Jeśli będziemy chcieli z tej wody zrobić sobie herbatę, musimy dostarczyć tej wodzie energii. Entropia zmaleje. Niektórzy fizycy uważają, że cały wszechświat się „ochładza”. Ale to dotyczy nieożywionego układu, systemu.

Natomiast tam, gdzie rodzi się życie, entropia jest radykalnie ograniczana, zmniejszana, czasem całkowicie usuwana zarówno przez stworzenie pewnego porządku, praw, które gwarantują życie. O tym właśnie czytamy na początku księgi Rodzaju. Mam nadzieję, że fizycy mnie nie ukrzyżują za to, ale można powiedzieć, że ten pierwotny chaos, o którym mowa odpowiada jakoś naszemu pojęciu entropii. Bóg musiał stworzyć odpowiedni ład, porządek i dać początek wszystkiemu, co więcej ciągle ten wszechświat podtrzymuje swoją energią, aby możliwe było życie. Niemniej, ten chaos całkowicie nie zniknął. On nadal jest w tym świecie – tak jak entropia.

Żeby możliwe było życie musi ciągle, jak powtarza prof. Krzysztof A. Meissner, dochodzić do „walki entropii z energią”. W przypadku organizmów takich jak my, entropia całe życie jest negatywna, to znaczy może nie do końca, bo co pewien czas się „wdziera” do naszego życia. Wzrasta ona radykalnie, gdy umieramy biologicznie. Tracimy energię, która dotąd podtrzymywała nasze życie biologiczne. Ile w człowieku jest skomplikowanych układów, powiązań, czyli pewnego porządku, który sprawia, że żyjemy. W pewnym sensie entropia jakoś się w nas pojawia dając o sobie znać w postaci głodu, pragnienia, rozmaitych ważnych potrzeb, ale wstając jemy, pijemy, doświadczamy bliskości człowieka itd. I w ten sposób dostarczamy sobie energii.

I teraz można chyba powiedzieć, że Bóg jako jedyny Istniejący, jako źródło życia i miłości, jak się okazuje, jest ciągle zdolny do całkowitej entropii, rozpraszania energii i miłości, do dobrowolnego wydawania siebie i dawania siebie, ale to w niczym nie umniejsza Źródła, nie wyczerpuje Go. Jest wprawdzie taka teoria zwana kabałą, że Bóg niejako ograniczył się, wycofał, „podzielił” swoją energią, by stworzyć wszechświat i człowieka, i w ten sposób doznał uszczerbku. Dlatego stracił swoją wszechmoc. Ale ta teoria to tylko kolejna próba poradzenia sobie z tajemnicą zła i cierpienia w świecie oraz wszechmocą i dobrocią Boga.

Ponieważ my, ludzie, i cały wszechświat, nie jesteśmy źródłem życia i miłości, musimy skądinąd dostarczać sobie lub przyjmować energię i miłość. Częściowo dzieje się to przez stworzenie, przez ludzi, ale nadto otrzymujemy jeszcze miłość, życie wieczne, dostępne przez wiarę – agape, która nas upodabnia do Boga już w sposób ostateczny, abyśmy mogli z Nim żyć w bezpośredniości i wieczności. Tylko Bóg może dawać, nie wyczerpując się. I trzeba przyznać, jest to dla naszego umysł rzecz nie do pojęcia. Jak to w ogóle możliwe, że powstała materia, ciało, wszechświat, skoro uznajemy, że Bóg jest duchem? Jak z ducha może powstać materia? Nasz umysł przy tym po prostu wymięka…

Jakoś to potwierdza chociażby przypowieść o miłosiernym Ojcu, czy przypowieść o siewcy, gdzie ojciec czy siewca porównani są do „marnotrawiących” majątek czy ziarno. Ojciec z przypowieści daje obu synom majątek. Jeden z nich go wydaje do końca na „przejedzenie” i inne sprawy, ale ojciec nie utożsamia siebie z majątkiem, zachowanie synów (tego starszego również) nie ograia Ojca z miłości do nich. On nadal ich kocha. Owszem, traci coś, ale jego miłość się nie zmienia

W przypowieści o siewcy rolnik rzuca ziarno gdzie popadnie, trochę nierozumnie, ale tylko na glebie żyznej wyda ono owoc. Pozostałe ziarna się marnują.

I teraz Jezus mówi coś takiego, że

w życiu tu na ziemi, w życiu biologicznym i psychicznym (bo tu też wkracza entropia, która ukazuje się przez konflikty psychiczne i wkracza chaos: nerwice, zaburzenia itd) słusznie przeciwdziałamy entropii, chcemy zachować życie tu i teraz.Mamy to wpisane w nasz organizm, w psychikę, to coś dobrego. Mamy instynkty, popędy, wolę życia. Natomiast wiara w Syna i bycie uczniem Jezusa zaprasza nas do pójścia dalej, do przekroczenia tej zasady „walki energii z entropią”, ale nie dla zachowania życia biologicznego i psychicznego, lecz aby móc stać sie podobnym do Boga. Wiara prowadzi ostatecznie do tego, że wzorem Boga z wyboru i z miłości od Niego przyjętej poddajemy się „entropii”, ale z powodów przeciwnych do tych, dzięki którym walczymy z entropią w życiu biologicznym i psychicznym. Właśnie na tym polega oczyszczenie i dopełnienie erosa przez agape, o czym pisał Benedykt XVI w encyklice „Deus caritas est”. Nie dzieje się to przez odrzucenie erosa, przez odrzucenie dobroci stworzenia, nie obok życia i naszego świata, ale dokładnie w tym życiu, w tym świecie, nie w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, jak nieraz myśli o tym wielu wierzących. To poddanie się entropii, czyli dobrowolne wydanie swego życia, czasem łącznie z poddaniem się śmierci, może dokonać sie tylko przez połączenie ludzkiego erosa, miłości ludzkiej z miłością boską przyjętą tutaj, czyli mocą otrzymanego życia wiecznego i miłości. Miłość sprawia, że my powoli rozpraszamy naszą energię ze względu na innych, do tego stopnia, że możemy stracić całkowicie to obecne życie.

I myślę, że Jezusowi nie chodzi tylko o poświęcenie życia tak jak On to zrobił na krzyżu. Czasem niektórzy uczniowie też tak robią. Ale chodzi tu najczęściej o powolne wydawanie życia, nawet jeśli nikt mi go nie chce gwałtownie zabrać. Wydajemy nasze życie za innych, gdy dzielimy się z innymi wszystkimi darami naturalnymi, stworzonymi, których źródłem jest Bóg (może najpełniej dokonują tego rodzice) oraz darami, które otrzymujemy dzięki wierze w Zmartwychstałego, dzięki przyjmowaniu życia wiecznego, miłości tu i teraz. Te wszystkie dary mają przepływać przez nas dalej. Bo taki w istocie jest Ojciec.

Sądzę, że wiele współczesnych form katolicyzmu (które kiedyś będą musiały umrzeć, a może już umierają) niewiele ma wspólnego z tym, co Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii. Nasze przywiązania do stworzenia są bardzo silne, potrzeba bezpieczeństwa i pewności również, nasza tendencja do tworzenia Boga i innych ludzi na nasz obraz i podobieństwo jest tak silna, że także Ewangelię próbujemy podporządkować sobie. Prawie się nie mówi o tej konieczności wewnętrznego obumarcia, pozostawienia religijności naturalnej, oczyszczenia erosa, o wewnętrznej przemianie, ponieważ taka przemiana jest dużym wstrząsem, jest śmiercią sensu stricte. To, co mówi Jezus idzie w poprzek naszym lękom, potrzebom, wyobrażeniom. Owszem, nie ma przepaści nie do przebycia między Bogiem a człowiekiem, tylko że tę przepaść przekracza Bóg i idzie w stronę człowieka. Oferuje człowiekowi most. Bóg jest radykalnie Inny, ale to On się do nas zbliżył.\

Mam wrażenie, że często katolicyzm służy jedynie do tego, by Boga przeciągnąć na swoją stronę, byśmy nic nie musieli zmieniać w sobie, bo to naprawdę boli, to przeraża. Dlaczego? Gdzieś intuicyjnie czujemy, że nie jesteśmy Bogiem, Źródłem, Miłością, że jesteśmy krusi, że niedoskonałość wpisana jest w bycie stworzeniem. A jednocześnie nie chcemy przyjąć jak dzieci tego, że tylko Bóg może odpowiedzieć na tę naszą kruchość, lęki, potrzebę bezpieczeństwa i stabilności. W wierze, w którymś momencie musi dojść do rozpadu, do śmierci, do obumarcia. I tego się boimy. Wykorzystujemy często imię Boga, wiarę do tego, by jedynie stworzyć taką zasłonę dymną, za którą nadal działa „walka energii z entropią”, nadal walczymy o przetrwanie, nadal Bóg ma być taki jak my. (Ktoś ostatnio mnie przekonywał, że jeśli nie przyjmujemy Bożego miłosierdzia, to ograniczamy Boga, Jego miłosierdzie. Taką moc zdaniem niektórych posiada człowiek. Ale to właśnie jest tworzenie Boga na nasz obraz)

I stąd katolicyzm ma służyć temu, żeby nam się dobrze żyło, żeby niczego nie stracić, żeby zabezpieczył losy narodu, żeby zawsze zdrowie było, jakbyśmy tu mieli żyć wiecznie na zawsze. A jeśli jeszcze dodamy do tego ewidentny fakt, że w Kościele istnieje system kościelny, który stworzony jest właśnie w oparciu o „walkę entropii z energią”, który jest dostosowaniem się w pełni do erosa (on nie jest zły) jakby już agape nie było, to również Ewangelię podporządkowuje się systemowi kościelnemu. Wykrzywia się postrzeganie Boga. Pokazuje Go jak władcę ludzkiego i człowieka. Pewne rzeczy się przemilcza. Istotne wyrugowuje z głoszenia Ewangelii. Okraja się Ewangelię i dostosowuje do ludzkich możliwości. System kościelny to jest religijność naturalna i porządek zaczerpnięty ze świata, ale okryty szatami Ewangelii. Wszystko się przyjmuje tylko w słowach i zewnętrznie. Ale Ewangelia i sakramenty przyjmowanie nie przemieniają serc. Wtedy w ogóle nie prowadzi się do przemiany życia i serca, bo to nawet nie jest wskazane i niebezpieczne dla systemu kościelnego.

Wydaje się, że cały Kościół, a przynajmniej Kościoły lokalne, stoją przed takim obumarciem. A może ono już się zaczęło. I zawsze jest to bolesne. W pewnym sensie to chyba nigdy nie będzie takiego czasu na ziemi, gdzie Kościół nie będzie musiał obumierać. Pewne formy katolicyzmu muszą umrzeć, aby prawdziwa katolickość mogła przynieść owoc obfity.

Dariusz Piórkowski SJ

Brat w wierze, jezuita, prezbiter w: Towarzystwo Jezusowe

0 komentarzy