W tym roku w naszej małej parafii w krakowskich Przegorzałach głosiliśmy rekolekcje inaczej niż zwykle. Proboszcz zaproponował, aby każdy z nas kolejnego dnia ( a było nas czterech) podzielił się z parafianami refleksją „Jak przeżyć zbliżające się święta?”
Mi przypadł ubiegły poniedziałek. Czytaliśmy wtedy pieśń Maryi u Elżbiety, Magnificat, którą Kościół w Liturgii Godzin odmawia codziennie. Matka Jezusa i nasza wielbi Boga i cieszy się. Dlaczego? Bo przyjęła Boga. Co ciekawe, śpiewa tę pieśń, chociaż Józef jeszcze nie wie, że Jego żona jest w ciąży. Najwyraźniej Maryja aż tak się tym nie przejmuje. Nie jest przerażona, chociaż nie sądzę, aby nie wiedziała, co jej może grozić zgodnie z Prawem za domniemane cudzołóstwo. Ona mimo wszystko dziękuje Bogu. Nie jest skupiona na sobie.
Z Ewangelii według św. Mateusza dowiadujemy się, że Józef, nazwany tam sprawiedliwym, okazał miłosierdzie swojej żonie. Przyjął ją do swego domu, chociaż po ludzku uczynił coś absurdalnego.
A dlaczego? Ponieważ Jezus Chrystus narodził się także w Jego sercu, zanim narodził się w stajni betlejemskiej. Na samym początku tej Ewangelii czytamy: „Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak”. Tylko że nie słyszymy ani słowa o narodzeniu w Betlejem. Ewangelia mówi o narodzeniu Jezusa Chrystusa w Józefie, a tak naprawdę chodzi o każdego ucznia Jezusa Chrystusa. Ewangelie nie są dosłowne, odsłaniają misterium, czyli Boga działającego i objawiającego się, aczkolwiek nigdy przez nas niepoznanego, zawsze niepojętego i innego.
W Ewangelii według św. Mateusza sprawiedliwym jest Józef, potem sam Jezus nazwany tak przez żonę Piłata, w końcu sprawiedliwymi są ci, którzy dowiadują się na Sądzie Ostatecznym, że okazując czynną miłość potrzebującym, świadczyli ją samemu Królowi. Byli zdziwieni, że robili coś wyjątkowego. Nie kierowali się ani wiarą, ani tym, że widzieli w drugim Chrystusa, ani nie spodziewali się nagrody, ani nie bali się piekła. Czynili tak, bo w człowieku widzieli człowieka. Czynili tak, bo kierowało nimi współczucie z głębi serca. Czynili tak, bo tak trzeba było. Niektórzy broniąc się przed tym nazywają to „dobroludzizmem”. Bronią się przed radykalizmem Wcielenia, przed taką bliskością Boga, że nawet nie trzeba jej nazywać.
Jezus mówi, że sprawiedliwość uczniów musi być większa niż uczonych w Piśmie. I taką sprawiedliwość, która jest miłosierdziem – najwyższym przejawem Bożej sprawiedliwości miał Józef, Jezus i czyniący miłosierdzie ze sceny Sądu Ostatecznego. Takiego człowieka pragnie Bóg. To jest punkt docelowy naszej przemiany. Zaczynamy od strachu przed Bogiem, potem jest nagroda lub kara względnie zasługiwanie, a na końcu stajemy się podobni do Boga. Czynimy dobro tak jakby to była nasza druga natura. W ogóle się nad tym nie zastanawiając.
Przypomniała mi się encyklika Benedykta XVI o miłości, do której często wracam. Najwyraźniej musi ona być dla mnie ważna. Papież mówi, że miłość jest jedna, ale o dwóch twarzach: wstępująca i zstępująca, boska i ludzka, agape i eros, przyjmująca i dająca. Eros, miłość ludzka, miłość przyjmująca jest dobra. Wymaga tylko oczyszczenia i podniesienia wyżej.
Nie jest prawdą, że chrześcijanin ma tylko dawać i spalać się z miłości. Aby stać się sprawiedliwym według myśli Bożej najpierw i cały czas trzeba przyjmować Chrystusa – Jego miłość, czyli Ducha Świetego. Właściwie bój toczy się na ziemi o to, czy uczeń Chrystusa będzie przyjmował miłość czy nie. Nie jesteśmy najpierw kuszeni do tego, by popełniać ciężkie grzechy, by wykraczać przeciwko moralności. Najpierw jesteśmy kuszeni, by unikać liturgii, by nie czerpać ze źródeł miłości, by się nie modlić albo robić to niewłaściwie.
W Narodzenie Pańskie świętujemy i przeżywamy to, że Bóg przyjął człowieczeństwo. Nie tylko je stworzył, ale też przyjął. Mówimy, że zjednoczył się w komunii. Jezus Chrystus jako bezbronne dziecko w żłobie pokazuje, że miłość najpierw jest przyjmowaniem. I na ten aspekt miłości i ludzkiego życia zwraca uwagę to święto. Kiedy patrzymy na całkowitą zależność Jezusa Chrystusa od człowieka, możemy zrozumieć, co znaczą słowa: „Jeśli ktoś nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten do niego nie wejdzie”. Dopiero gdy się wejdzie do królestwa Bożego, tu i teraz, zacznie się przyjmować miłość przez liturgię, modlitwę i drugiego człowieka, można wtedy dawać bezinteresownie. Nie z przymusu, nie ze strachu, nie dla nagrody, nawet nie dlatego, że Pan Jezus tak każe. Nasz świat zbudowany jest w dużej mierze na dawaniu i ciągłym ocenianiu naszych wyników, osiągnięć, dokonań, zasług.
W Wielki Piątek i Zmartwychwstanie Jezus Chrystus wszystko oddaje, wydaje siebie, właściwie wszystko zostaje mu zabrane. To drugi aspekt miłości – agape, która przekracza erosa. W Chrystusie eros i agape jest jednością. My dążymy do tego. Jezus niczego nie mógłby oddać gdyby nie przyjął miłości Ojca, a także Józefa i Maryi. Papież Franciszek chyba jako pierwszy z Papieży pisał często, że Jezus uczył się czułości i miłosierdzia od Józefa i Maryi, a od swojej Matki kontemplacji. Bóg działa przez człowieczeństwo, przez ciało, przez człowieka.
Życzę sobie i Wam, abyśmy potrafili najpierw przyjmować i ucieszyli się w te święta, że Bóg i drugi człowiek przychodzą do nas i są dla nas darami. Życzę, abyśmy docenili miłość ludzką, nawet jeśli jest krucha, bo tę miłość przyjęło Słowo, bo było kształtowane także przez miłość ludzką Józefa i Maryi. Życzę, byśmy stając się jak dzieci, w końcu zostali przemienieni w sprawiedliwych, którzy czynią miłosierdzie nie pytając, co za to będą mieli.

0 komentarzy