Zaznacz stronę

Dzisiejszy katolicyzm i Wielki Post

19 lutego, 2026

Wczoraj w mojej rodzinnej parafii przewodniczyłem Eucharystii na początek Wielkiego Postu. Po Ewangelii spróbowałem odpowiedzieć na proste pytanie: „Po co tu przyszliśmy? Do czego jesteśmy zaproszeni w czasie Wielkiego Postu?”

Nie wiem do końca dlaczego, ale od pewnego czasu wszystkie moje homilie jakoś nawiązują do roku liturgicznego, do samej liturgii, do poszczególnych części, etapów, znaków i słów w sakramentach. Być może jest to efekt wsłuchiwania się zarówno w to, co się czyta, jak się modli, ale też w pytania wiernych. Ale też sam widzę w sobie, że nie zawsze udawało mi się łączyć codzienne życie z liturgią.

Niestety, przeciętny wierny z liturgią, modlitwą i Słowem Bożym to kojarzy zasadniczo prezbitera. To „robota” księdza. A sakramenty często postrzegane są jako obowiązek narzucony przez Boga lub Kościół.

Powiem górnolotnie: w całym roku liturgicznym chodzi o uwielbienie Boga i uświęcenie człowieka we wspólnocie Kościoła. Problem w tym, że zarówno rok liturgiczny, jak i poszczególne okresy i teksty są naprawdę dobrze przemyślane, ale niestety wierni nie są wprowadzani głębiej w liturgię – wielu sądzi, że trzeba to „oddać” Bogu jako swego rodzaju daninę, jako ten obowiązek, który związany jest ze sprawami religijnymi. Tylko że chrześcijaństwo nie jest religią, jest wiarą, drogą, która obejmuje całe życie. I sama wiara zakłada pewien wysiłek, współpracę, ćwiczenia. I to też wcale nie jest takie jasne. W Wielkim Poście nie chodzi tylko o to, by pójść na parę nabożeństw i się wyspowiadać przed świętami. Cały rok liturgiczny zakłada, że wierni podejmują taki trud, aby stwarzać przestrzeń do działania Boga w sercu.

Wracając do Środy Popielcowej i Wielkiego Postu, wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że najważniejszy w nich to grzech i walka z nim albo rozważania Męki Pańskiej w piątki i niedziele. Nie, nie to jest najważniejsze. Wczoraj św. Paweł wzywał nas wszystkich w ten sposób: „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem! On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5, 20-21)

Bóg jest z nami pojednany w Chrystusie, to znaczy, jest z nami w komunii. My niekoniecznie. Możemy się oddalić, zaniedbać tę relację. Ale druga część tego wezwania jest niezwykle intrygująca: powodem dla którego mamy się nieustannie nawracać jest to, że nastąpiła „niesprawiedliwa” wymiana między Bogiem a nami w Jezusie Chrystusie. On stał się grzechem zamiast nas, a nam dał „Bożą sprawiedliwość”. W Chrystusie i dzięki Niemu mamy stawać się sprawiedliwością Bożą. (Tak należałoby przetłumaczyć ten czasownik: już sie stajemy i będziemy się stawać) To się zaczęło na chrzcie świętym i będzie stopniowo kontynuowane aż do momentu ujrzenia Boga.

Najpierw czym jest ta sprawiedliwość Boża? To inaczej świętość Boga, która oznacza, że Bóg daje bezinteresownie, jest wierny swemu Słowu, nie łamie przymierza, jest miłosierny i przebaczający, pełen współczucia dla człowieka, stawiający też wymagania, udzielając jednocześnie siły do ich wypełnienia. Prawda jest taka, że wszystkie Boże dary nas przerastają. To, do czego zostaliśmy zaproszeni, w co zostaliśmy włączeni, nie jest możliwe do osiągnięcia samymi ludzkimi siłami. A do tego chrzest nie wymazuje z nas skłonności do bycia niepojednanym z Bogiem, do odchodzenia na manowce, do czynienia Boga z różnych stworzeń. Z tych przynajmniej dwóch powodów nie staliśmy się, lecz stajemy się sprawiedliwością Boga, czyli Jego dziećmi w słowach i czynach.

A więc najważniejsze jest, aby stawać się coraz bardziej sprawiedliwością Boga, a II Modlitwa Eucharystyczna mówi o wzrastaniu w miłości całego Ludu Bożego. Proces nieustannego nawracania się i uświęcenia wypływa z dwóch form ludzkiej niedoskonałości. Pierwsza, pozytywna polega na tym, że nie urodziliśmy się kompletni, wyposażeni we wszystko. Jesteśmy stwarzani. Karol Wojtyła w „Osobie i czynie” pisze, że przez każde dobro, które czynimy współstwarzamy siebie. Bardzo mi się podoba takie ujęcie moralności. Druga, negatywna, ale też jakoś wiąże się z pierwszą, to nasze błądzenie, skłonność do grzechu, serce nieoczyszczone, które łatwo się też przywiązuje do rozmaitych dóbr stworzonych.

W ciągu roku liturgicznego czerpiemy z liturgii, z sakramentów życie wieczne i miłość, które powoli nas stwarzają. Ale liturgia ma także aspekt terapeutyczny, leczący nasze serca i ciała. W Katechizmie Kościoła przed częścią o liturgii zamieszczone jest malowidło z katakumb, na którym kobieta cierpiąca na krwotok dotyka płaszcza Jezusa. Wszystkie sakramenty są takim zapośredniczonym dotykiem Jezusa. Tylko że wiara dzieje się niejako w dwóch „przestrzeniach”: kiedy jesteśmy zgromadzenia jako wspólnota na liturgii, a potem dalszy ciąg w poza kościołem: w domu, pracy, odpoczynku, cierpieniu, zmaganiu. Sakramenty „załatwiają” jeszcze wszystkiego, co związane z wiarą. Kult jest po to, by uwielbiać Boga, by nie zapominać, że przed Bogiem w sumie jesteśmy jak żebracy, ale też kult/liturgia wspiera nas w tym, gdzie niedomagamy. Istotne jest to, co się dzieje pomiędzy kolejnymi spowiedziami. Istotne jest też to, co robimy z naszym życiem wewnętrznym między kolejnymi Eucharystiami.

Wielki Post z posypaniem głów popiołem jest czymś podobnym do tego, co robimy na początku niemal każdej Mszy świętej (bo czasem akt pokutny się opuszcza). Uznajemy naszą grzeszność, niezdolność do uzdrowienia samych siebie, do oczyszczenia serca, aby móc wejść w liturgię. Potem słuchamy Słowa, uczestniczymy w Ofierze Jezusa, ofiarujemy wszyscy siebie samych i otrzymujemy w zamian Jego Samego, ale też Ducha Świętego, pokój. No i przed komunią świętą słyszymy o Baranku Bożym, który znosi grzechy świata, także wtedy gdy Go przyjmujemy.

Prefacje wielkopostne mówią, że chodzi o oczyszczenie naszego serca, najpierw od nieuporządkowanych przywiązań, które często praktycznie są niezauważalne, bo się skupiamy głównie na grzechach. Kiedy i jak często mówimy o tym w kościołach? Ja pierwszy raz usłyszałem o tym podczas Ćwiczeń Duchowych.

Trzy uczynki szczególnie kojarzone w Wielkim Poście: jałmużna, modlitwa i post to nie są uczynki, po których wykonaniu otrzymamy zapłatę czy nagrodę od Boga. To są środki za pomocą których Bóg oczyszcza nasze serca. Ciekawe, że prefacja One właściwie powinny być wykonywane cały rok. W Wielkim Poście mamy się im oddawać „gorliwiej” jak uczy Prefacja. Post, ale prawdziwy post, dotyczy jedzenia i picia, związanych z podstawowymi instynktami i potrzebami człowieka. Myślę, że sporo naszych przywiązań, które nas krępują wiąże się z jedzeniem i piciem. Przez post, który odczuwamy jako brak, możemy najpierw zobaczyć, do czego tutaj jesteśmy przywiązani. Ale też post daje wolność: otwiera nam oczy na coś głębszego w człowieku. „Post podnosi ducha” – mówi prefacja. I uśmierza nasze wady. Ile naszych grzechów i wad bierze się z nadmiaru, z szukania lekarstwa i pocieszenia tam, gdzie go nie ma, z lęku o siebie i o przyszłość? Wszystkie wyrzeczenia „poskramiają naszą pychę”. A często polega ona na tym, że nie wierzymy w Dobrą Nowinę, że chcemy sobie sami radzić, nie uznajemy własnej bezsilności, nie potrafimy przyjąć darów i wsparcia, chcemy być w zły sposób niezależni.

Modlitwa przypomina nam o całkowitej zależności od Boga. Jeśli już nie dziękujemy, nie karmimy się Słowem, nie prosimy, no to w jakimś sensie siebie samych uznajemy za Boga. Na modlitwie jesteśmy jak żebracy, którzy codziennie potrzebują chleba.

A jałmużna? Też dotyczy przede wszystkim naszego stosunku do dóbr materialnych: jedzenia, ubrania, pieniędzy. Cała Ewangelia mówi nam, że są one środkami, a nie celami życia. A jakże często jesteśmy do nich przywiązani. Kiedy dzieli się chleb w Ewangelii, choćby to było niewiele, to zawsze się go pomnaża. Dobra materialne potrzebne do życia są też po to, byśmy budowali relacje, wspierali się. Post, modlitwa i jałmużna „otwierają nasze oczy na potrzeby biednych. Spiesząc im z pomocą naśladujemy Twoją dobroć”. Ja bym nawet powiedział, przekazujemy innym dobroć Boga.

Nadto Jezus mówi, że w modlitwie, poście i jałmużnie, i w ogóle w życiu, chodzi przede wszystkim o to, z jaką intencją je robimy/przeżywamy. Wyraźnie mówi, że jeśli wyczuwamy w sobie intencje – to też jest pycha, aby coś czynić na pokaz, by się poczuć lepszymi od innych, to wtedy mamy robić wszystko, by ukryć to przed ludźmi. Modlić się w ukryciu, pościć z twarzą wymalowaną i wyperfumowaną, dawać tak, na ile to możliwe, by o tym nikt nie wiedział.

Na tym polega też oczyszczenie serca – od tych niewłaściwych intencji, które prowadzą do grzechu. Bo jeśli modlę się dużo, a przy tym, np. czuję, że dlatego jestem lepszy od innych, to popadam w pychę. A to poczucie bycia lepszym jest pewnego rodzaju nagrodą, gratyfikacją. A w wierze chodzi o to, już teraz i jeszcze w drodze, by czynić dobro z czystego serca, w sposób wolny, nieprzywiązany i bez kierowania się tym, co ludzie powiedzą albo dla lepszego samopoczucia a nawet „wybielenia” samego siebie przez uczynki religijne.

Dariusz Piórkowski SJ

Brat w wierze, jezuita, prezbiter w: Towarzystwo Jezusowe

0 komentarzy