Zaznacz stronę

Głód chleba, głód Boga i szukanie dopaminy

18 kwietnia, 2026

„Jezus sam usunął się znów na górę (…) Jezioro burzyło się od silnego wichru. Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: «To Ja jestem, nie bójcie się!» Uczniowie ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: «To Ja jestem, nie bójcie się».  ( J 6, 15.18-20).

Ewangelia pokazuje, że to, co robi Jezus jest przemyślane. Właściwie tylko raz i tylko wobec najbliższych uczniów Jezus czyni znak, którego nie uczyniłby wobec tłumów. Owszem, byłoby to efektowne, niczym popis cyrkowy, który zapierałby ludziom dech w piersiach. Bardzo pożądane dla religijności szukającej zarówno dopaminy jak i adrenaliny. Takiej co to biega od jednego cudownego miejsca do drugiego, od jednej mszy o uzdrowienie do drugiej. Świetnie wpisywałoby się to w stadionowy event religijny. Tyle że takie działanie nie jest w stylu Boga objawionego przez Jezusa Chrystusa.

Kontekst przyjścia Jezusa po wodzie w środku ciemności i wichru to przede wszystkim efekt modlitwy i rozeznania. Jeśli uznajemy pełne człowieczeństwo Jezusa, możemy przypuszczać, że znak rozmnożenia chleba w pewnym sensie posłużył Jezusowi do tego, aby wysondować, jakie to oczekiwania, pragnienia i aspiracje mają niewątpliwie głodni ludzie, zgromadzeni wokół Niego nad jeziorem. Biorąc pod uwagę to, że u św. Jana niemal wszystko ma drugie dno, za głodem chleba oczywiście kryje się inny, głębszy głód. Tak jest szczególnie w tej Ewangelii, w której na początku słyszymy, że Słowo stało się Ciałem. To, boskie jest w tym, co cielesne, ale i w tym, co cielesne jest to, co boskie. Zdaje się, że nie tylko współczesnym Jezusa trudno to było pojąć i przyjąć. Nasz głód pokarmu biologicznego, nasze pragnienie wody, nasze pragnienie poznawania kryje zawsze za sobą głód pokarmu niewidzialnego, wody, która daje inny rodzaj życia, poznania, które nie pochodzi z tego świata.

Kłopot w tym, że ten głębszy głód jeszcze się w słuchaczach Jezusa nie obudził. On w nich jest, tylko go nie zauważają albo mylą z czymś innym. Szukają Jezusa, bo dał im zwykły chleb do jedzenia. Nawiasem mówiąc Stwórca dzieli się swoim istnieniem i energią nieustannie z całym wszechświatem. Nie musi więc zabezpieczać specjalnie wszystkich naszych ludzkich potrzeb, które już zabezpiecza przez stworzenie, przez to, co widzialne.

Jeśli jednak Jezus tylko miałby być jakimś rodzajem pośrednika, proroka, który udzielałby tych darów z pominięciem naszej pracy i wysiłku, to któż lepiej nadawałby się do objęcia tronu w Izraelu? Zabezpieczałby znowu wszelkie ludzkie potrzeby, zapewniłby poczucie bezpieczeństwa, usunąłby wszelkie choroby, zniszczyłby naszych wrogów. To zrozumiałe, to jest właśnie ta najgłębsza tęsknota człowieka, tęsknota za bezpośredniością bycia z Bogiem, tęsknota za Edenem, w którym człowiek może jeść z każdego drzewa owoce według swego upodobania, gdzie nie było trudu i znoju, a nadto mógł liczyć na codzienną rozmowę z Bogiem, który przechadzał się tam i znajdował radość w byciu z człowiekiem. Do tego stopnia, że gdy tamten schował się przed Nim, bo doświadczył „zapłaty” za zjedzenie owocu z drzewa poznania dobra i zła, Bóg szuka Go i woła: „Gdzie jesteś?”

Gdy Jezus przekonał się, czego tak naprawdę oczekują tłumy, że co najwyżej chcieliby w Nim widzieć proroka i króla, zostawił uczniów i pozostał sam na górze. Jezus zostawił ludzi z niedosytem. Miał tam zapewne bogaty materiał do przemyśleń. No i co teraz? Prawda jest taka, że chleb to może „rozmnażać” każdy władca. Metoda stara jak świat, by zyskać przychylność ludu, zwłaszcza biednego. Niektórzy do dzisiaj odrzucają Boga właśnie z tego powodu, że chociaż jest wszechmocny, to pozwala na to, by miliony ludzi głodowało. „Nic” nie robi, by zapobiec temu największemu skandalowi, największej tragedii naszych obecnych czasów.

Przyjście do uczniów po rozhukanym jeziorze to przemyślana decyzja, to pewien zabieg wychowawczy, pedagogia wiary. Ale dlaczego tak? Przecież już w kuszeniu przez diabła Jezus czuł zachętę do tego, by nie tylko zmieniać kamienie w chleb, ale by zawieszać prawa natury, prawa fizyki w tym przypadku, skakać z narożnika świątyni, no bo skoro jest Synem Bożym i tak sobie poradzi niczym Superman, Spiderman czy Batman. (Swoją drogą to ciekawe, jak bardzo pragniemy w tych na poły bajkowych postaciach być nie sobą). Jezus nigdy czegoś takiego nie robi, poza tym jednym wyjątkiem.

Nie wiemy nic o reakcji uczniów na rozmnożenie chlebów. Wiemy tylko, że oni sami byli niejako częścią znaku, uczestniczyli w nim, przynosząc 5 chlebów i 2 rybki. To nawet nie było ich jedzenie, lecz jakiegoś chłopca. Uczniowie zaoferowali 200 denarów, to co akurat mieli do dyspozycji w trzosie. Według tej wersji znaku rozmnożenia nawet nie rozdawali tych chlebów. Ewangelista podkreśla, że robił to bezpośrednio sam Jezus, choć zważywszy na przybliżoną liczbę 5 tys ludzi, podanie każdemu z obecnych chleba przez samego Jezusa pochłonęłoby znacznie więcej czasu. A jednak uczniom kazał zebrać tylko ułomki. W pozostałych relacjach ewangelistów o rozmnożeniu Jezus podaje chleby uczniom, a uczniowie tłumom.

Niemniej ten znak był, jak mówi św. Jan, próbą dla uczniów. Próbą wiary. W pewnym sensie byli oni też obserwatorami tego, co się dzieje. No i może Jezus dostrzegł, że ta mała garstka uczniów zareagowała inaczej niż reszta. Obudziło się już w nich coś więcej niż tęsknota za kimś silnym, który będzie czynił nasze życie bardziej wygodnym i bezpieczniejszym. I dlatego objawił im się jeszcze w inny sposób: jako Stwórca. Celem przejścia po wodzie w ciemności i w wietrze było ukazanie prawdziwej tożsamości Jezusa wobec uczniów. I tutaj też nic nie mówią. Czytamy jedynie, że się przerazili. Komu by do główy przyszło, że człowiek, z którym wędrujesz, który je, pije, jest zmęczony, śpi gdzie popadnie, może chodzić po wodzie! Dla nas może się to wydaje oczywiste, bo Jezus to Bóg. Gdybyśmy Go jednak doświadczyli w takim nagim człowieczeństwie, całkowicie podobnym do naszego, zareagowalibyśmy podobnie jak uczniowie.

Cała późniejsza mowa Jezusa, zwana eucharystyczną, chociaż do końca nie jestem pewien, czy tam najpierw chodzi o Eucharystię, czy po prostu o to, że Jezus, że sam Bóg jest dla człowieka chlebem, wodą, poznaniem, światłem, ostatecznie darem, ma na celu to, aby człowiek zstąpił do serca, zobaczył, że w jego sercu nadal jest Eden, głęboko ukryty, czasem bardzo przywalony głównie doświadczeniem zła i cierpienia.

Tydzień temu byłem w Muzeum Narodowym. Byłem po raz kolejny zafascynowany malarstwem Olgi Boznańskiej. W jednym ze swoich listów napisała, że na jej obrazach jest pewna.. hmm, poświata, jakby lekka mgiełka, która zajmuje przestrzeń pomiędzy przedstawianymi postaciami czy przedmiotami a widzem. I rzeczywiście, jes to stały element jej stylu. Jakoś mnie to urzekło i dało do myślenia.

Myślę, że coś podobnego istnieje między naszą świadomością a tym, co Biblia nazywa obrazem Boga w nas. Ten obraz to właśnie ten biblijny Eden. On jest, ale my często i długo nie mamy do niego dostępu. Jest przesłonięty. Nieraz nie tylko poświatą, lecz zasłoną, a nawet grubą ścianą. Sądzę, że celem znaków Jezusa, także przejścia po wodzie wobec uczniów, jest zdarcie tej zasłony, usunięcie tej mgły, zburzenia tego muru. To, co boskie jest tym, co cielesne, a to, co cielesne jest tym, co boskie.

Każdy sakrament, liturgia w ogóle, tak naprawdę pozbawiona jest efekciarstwa, w pewnym sensie jest nudna, nie dostarcza ani za dużo dopaminy, ani adrenaliny. Być może dlatego, że trudno nam znieść tę „nudę”, że podchodzimy nieraz do mszy świętej jak do odhaczonego obowiązku, że nie potrafimy w nią wejść, bo nie dostarcza nam tylu zmiennych bodźców, co chociażby smartfon, scrollowanie, piłka nożna, klikanie to tu, to tam, odchodzimy od głębi i zaczynamy nieraz szukać „efektów”, wymyślamy i dodajemy różne „atrakcje”, by skupić naszą rozbieganą uwagę i zaspokoić jedynie głód…. dopaminy, adrenaliny i podekscytowania.

A Eucharystia w swej głębii jest taka prosta. Istotnie, niezwykle trudna do przyjęcia i przeżycia w świecie, w którym od małego gonimy za wrażeniami, w świecie nie tyle powierzchownym co przeżywanym przez nas powierzchownie. Ale Eucharystia podobnie jak Chrystus rozmnażający chleb nie jest najpierw od tego, by spełniać tego rodzaju potrzeby. Mamy od tego całe stworzenie – Boże dary. Tylko musimy nauczyć się z nich odpowiednio korzystać. Eucharystia zawsze jest znakiem i „przepływem” życia wiecznego, które zaspokaja nieskończony głód Boga w człowieku.

Dariusz Piórkowski SJ

Brat w wierze, jezuita, prezbiter w: Towarzystwo Jezusowe

0 komentarzy