Zaznacz stronę

I nie pójdzie szukać tej, która się błąka?

24 grudnia, 2025

„I nie pójdzie szukać tej, która się błąka? Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych.” (Mt 18, 12.14)

Pomiędzy zginięciem a byciem we wspólnocie jest błąkanie się. Pasterz idzie szukać owcy, która się błąka. Jeszcze nie zginęła. Jeszcze się błąka. Jezus mówi, że Ojciec nie chce, aby zginęło jedno z tych małych. Ale wcześniej mówi, że Syn Człowieczy przyszedł ocalić to, co już zginęło. Czym więc jest ten stan, gdy „coś” zginęło? To śmierć, niebyt, zagłada.

A więc są dwa rodzaje ratującej działalności pasterza: szukanie owcy tam, gdzie ona się błąka, a więc poza wspólnotą, poza zagrodą (taki jest kontekst tej przypowieści u Mateusza) a gdy już doszło do śmierci owcy, ocalenie jej. Ta śmierć niekoniecznie oznacza wieczne potępienie, lecz pozbawienie dobroczynnych relacji we wspólnocie. Zerwanie relacji. Totalne osamotnienie.

Kościelny moralizm przyzwyczaił nas do tego, że zabłąkanie to zawsze grzech. Czy rzeczywiście? Jezus mówi o owcy, która odeszła, bo została ugodzona i zraniona przez ludzi Kościoła (w 18.rozdziale jest mowa o wspólnocie, która rani i gorszy, a jednocześnie ta sama wspólnota jest miejscem zbawienia).

Zabłąkanie nie zawsze jest winą owcy. Nie jest jej grzechem. Jest winą także wspólnoty, konkretnych ludzi, którzy ranią.

Uderzył mnie dziś w londyńskiej galerii obraz Dobrego Samarytanina. Trochę słabo to widać, ale w głębi są dwie sylwetki, które oddalają się od Samarytanina. Jeden z mężczyzn obraca się i patrzy na to, co się dzieje z pobitym człowiekiem. Jakoś nigdy nie pomyślałem, że Samarytanin mógł pomagać poranionemu człowiekowi na oczach lewity i kapłana. Może tamci się zdążyli jeszcze obrócić. Może i on ich widział, gdy odchodzili, ale nie wołał za nimi.

Poranionym człowiekiem przez zbójców są także ci, którzy doświadczyli zgorszenia, upokorzenia, wykorzystania seksualnego przez ludzi Kościoła, przez ludzi spoza Kościoła, także przez współczesnych lewitów i kapłanów.

Ograniczenie niezależności Komisji KEP, która miałaby zbadać wielkość procederu przestępstw seksualnych pośród duchownych jest w pewnym sensie omijaniem poranionych na drodze wiary. Czego się bali lewita i kapłan? Do końca nie wiemy. Może i tego, że oni zostaną napadnięci? Ale niewątpliwie zbadanie sprawy mogłoby ujawnić, jak wiele przestępstw popełniono także i u nas, choć żyliśmy po wojnie w innych okolicznościach niż Kościół w Irlandii czy Stanach.

Lęk przed ujawnieniem skali i wyrażeniem żalu za krzywdy jest lękiem przed upadkiem i tak już nadwątlonego autorytetu księdza. Kard. Law w Bostonie wiedząc bądź przeczuwając jak ogromna jest skala przestępstw seksualnych bał się, że jeśli wszystko wyjdzie na jaw, to Kościół upadnie. Z pewnością wiązał się to z sakralizacją i księdza, która oddziaływała na wiernych setki lat. A tu nagle się okazuje, że ksiądz jednak święty nie jest. Co więcej, uduchowienie księdza i celibatu okazało się często tylko życzeniowym myśleniem. Zduszona seksualność i zduszone potrzeby bliskości ujawniły się w tak monstrualny sposób. Do tego stosunki władzy i podległości w Kościele. Nie podskoczysz biskupowi, to przynajmniej możesz udowodnić sobie perwersyjnie swoją wyższość nad słabym i bezbronnym.

Pytanie więc, kto jest dzisiaj tym pasterzem, który szuka owcy tam, gdzie ona się błąka, jest zagubiona, czuje się oddzielona od wspólnoty, ugodzona? Kto jest dzisiaj tym pasterzem, który ocala to, co już zginęło?

Z pozdrowieniami także dla autora „Ekstazy miłosiernego Samarytanina”

Dariusz Piórkowski SJ

Brat w wierze, jezuita, prezbiter w: Towarzystwo Jezusowe

0 komentarzy