Zaznacz stronę

Jezus przekracza nasze iluzje o raju na ziemi

4 kwietnia, 2026

„Gdyby nie wymyślono Boga, nie byłoby w ogóle cywilizacji” – powiada Iwan Karamazow w „Braciach Karamazow” F. Dostojewskiego. Na innym miejscu, Piotr Miusow relacjonując poglądy Iwana mówi: „wystarczy więc pozbawić ludzkość wiary w nieśmiertelność duszy, aby natychmiast wygasła miłość, a nawet więcej wszelka siła żywotna przedłużająca życie na świecie. To nie wszystko, wówczas nic już nie będzie niemoralne, wszystko będzie dozwolone, nawet ludożerstwo”. A w innym miejscu brat Iwana, Dymitr również odwołuje się do tezy swego brata, nie ukrywając zdziwienia: „Tak, bez Boga i bez życia przyszłego? Więc wypadałoby, że teraz wszystko wolno, że wszystko można robić?”

Słowem, bez istnienia Boga wali się cała moralność, cały porządek świata, puszczają wszelkie hamulce dla ludzkiej ciemności drzemiącej w sercu. Ale do tego dodałbym jeszcze, że nie chodzi tylko o istnienie Boga, ale w jakiego Boga wierzymy. Jezus objawił Ojca jako nieskończoną, niepojętą dla nas miłość. Dlaczego jednak boimy się ciągle, że jeśli będziemy mówić tyle o miłości Boga, to ludzie jeszcze bardziej będą grzeszyć i świat stanie się jeszcze gorszy? Bo istotnie Dobrą Nowinę o takim Bogu wielu ludzi może potraktować podobnie jak rzymscy żołnierze potraktowali Jezusa, gdy usłyszeli, że nazywa siebie królem, tudzież, że nazywają Go królem. Uznali Go po prostu za wariata. Dobra Nowina o Bogu kochającym jest zagrożeniem dla porządku społecznego i religijnego w tym świecie. Jest zagrożeniem także dla systemu kościelnego w Kościele. A ma się on dobrze, ponieważ zrezygnowanie z niego spowodowaloby, że Kosciół byłby potraktowany jak Jezus. Kościół, który nie triumfuje i nie posiada wiele, boi się jednak, że straci posluch i wpływ na ludzi.

Czy więc Bóg rzeczywiście działa według zasady kija i marchewki? Czy karze i będzie karać ludzi za to, że czynią zło wbrew Jego woli? Czy rzeczywiście wiara w Jego istnienie jest jedyną zaporą powstrzymującą człowieka przed eskalacją zła i ciemności mieszkającej w jego sercu?

To prawda, że bez Boga wszystko się wali. Nie mówmy najpierw o moralności, lecz o istnieniu świata i każdej istoty żyjącej. To Bóg przekazuje swoje istnienie i miłość całemu stworzeniu. Ale czy to prawda, że Bóg za dobro wynagradza, a za zło karze? Dlaczego tak jest przedstawiany często w Starym Testamencie? Myślę, że nie dlatego, iż taki rzeczywiście jest, ale dlatego, że człowiek z sercem nieprzemienionym przez Ducha nie jest w stanie przyjąć innego Boga niż karzącego, który używa swojej potęgi, aby powstrzymywać człowieka przed popełnianiem zła. Człowiek o sercu nieprzemienionym przez Ducha będzie rzeczywiście wykorzystywał pozorną bezsilność miłości Boga, aby robić, co chce. Wtedy tylko strach przed karą może go nieco powstrzymać od czynienia zła. Dla człowieka, który nie przyjął jeszcze miłości Boga, tylko Bóg karzący będzie jakimś gwarantem porządku publicznego. A ponieważ boimy się tego, także w Kościele, że jeśli przestaniemy mówić o Bogu działającym według zasady kija i marchewki, to wtedy będzie na tym świecie jeszcze gorzej. Więc niby mówimy coś o miłości Boga, bo przecież tak stoi w Ewangelii, lecz jednocześnie dokładamy nasze „ale”.

Problem polega na tym, że zasadniczo w praktyce Kościoła także nie wyszliśmy poza ten schemat, bo sądzimy, że wszyscy na tym świecie mają stać chrześcijanami i cały świat ma być chrześcijański. Tak raczej nigdy nie będzie, chyba że Bóg zawiesi wolność człowieka. Jeśli wszyscy mają stać się chrzescijanami, chociażby tylko z nazwy, dochodzi do tzw. destylacji chrześcijaństwa. Usuwa się z niego to, co nie pasuje do mentalności tego świata. Chrześcijanie w praktyce niczym nie różnią się od niechrześcijan.

Myślę jednak, że mimo wszystko należy mówić o bezinteresownej miłości Boga, nawet jeśli ona, o paradoksie, zagraża porządkowi społecznemu i moralności. To znaczy nie miłość Boga zagraża, lecz to, że człowiek nie potrafi jej przyjąć i ją odrzuca, a nawet wykorzystuje, podobnie jak młodszy syn „wykorzystał” miłość ojca żądając przedwczesnego podziału majątku. Potem starszy syn Ale jak ma ją przyjąć, skoro nie będziemy jej głosić bez domieszki naszych wyobrażeń o Bogu? Nigdy nie przerwie się tego błędnego koła. Tyle tylko że trzeba uznać, że nie wszyscy będą ją przyjmować ,nie wszyscy będą chrześcijanami, nie będzie już czegoś takiego jak katolicka Polska czy Europa.

Jezus w swoim życiu, męce, śmierci i zmartwychwstaniu objawia rzeczywistość nam nieznaną, i chociaż w głębi serca bardzo za nią tęsknimy, jednocześnie bardzo się jej opieramy. Jezus mówi o wielkości, władzy, potędze, wolności, o Bogu, o miłości, o nagrodzie, o życiu wiecznym, o ofierze, o kapłaństwie, o relacji Boga do ludzi, o byciu królem, o królestwie, ale nadaje im zupełnie inne znaczenie. Powiedziałbym, że dla nas skandaliczne, to znaczy takie, o które się potykamy, którym się gorszymy. Właściwie to wszystko stawia na głowie. Ilu ludzi na tym świecie myśli, że prawdziwa wielkość polega nie na tym, że ktoś mi myje nogi, bo jestem kimś, lecz że ja będąc kimś, myję nogi najmniejszym? A ilu z nas uważa, że jedyna skuteczna droga do zmiany w tym świecie wiedzie przez , jak to wczoraj ujął autor rozważań Drogi Krzyżowej w Colosseum, „umiłowanie siły”, czyli silnej pięści, miecza, zrównania z ziemią miast i wsi – bo wtedy przeciwnik przynajmniej ze strachu nie będzie podskakiwał? Ilu z nas postawa Jezusa objawiona na krzyżu nie jest po prostu naiwnością, czymś niemożliwym do wcielenia w tym brutalnym świecie, bo istotnie, gdybyśmy tak w całości przyjęli Ewangelię i nią żyli naprawdę, to w tym świecie skończymy marnie, wyśmieją nas, oplują, a ostatecznie zabiją, bo nauczanie Jezusa idzie w poprzek mentalności tego świata. Ewangelia nie nadaje się do podtrzymania porządku świata, w którym rządzi pięść, pieniądz i źle pojęta władza.

Tak, Jezus mówi o ofierze składanej Bogu, ale nie jest to ofiara rozumiana tak jak w większości religii, jakby Bóg potrzebował ludzkich darów, a nawet krwi, by się dał udobruchać i coś nam dał. Kiedy Jezus mówi, że przyszedł dać świadectwo prawdzie, to jednocześnie odsłania cel obecności Jego uczniów w tym świecie. A jest nim po prostu dawanie świadectwo swoim życiem, że istnieje jeszcze inny sposób poradzenia sobie ze złem niż przemoc, odwet i zawziętość. Świadectwo, że istnieje prawdziwa miłość, która jest pozornie bezsilna, w pewnym sensie śmieszna, właśnie taka, że można jej włożyć koronę cierniową na głowę, wykpić, opluć, zadać ból i ona nie będzie odpowiadać tym samym wobec tych, którzy tak ją traktują. Nigdy na tym świecie nie zapanuje globalnie królestwo Boże. Może ono się przejawiać „punktowo”, tam, gdzie chrześcijanie będą dawali świadectwo o Jego istnieniu już w tym świecie. Nigdy nie nawrócimy całego świata. Mamy być tylko i aż światłem Boga, solą, świadkami Prawdy. Bycie świadkiem Prawdy nie polega na narzucaniu jej siłą, tworzeniu państw wyznaniowych, przyklejaniu się do władzy i czerpanych z tego „sklejenia się” różnych profitów, spośród których największym jest szukanie poczucia bezpieczeństwa, korzyści ekonomicznych i świętego spokoju. Wtedy tak naprawdę zatracamy cel naszego bycia w tym świecie jako uczniowie Chrystusa. Przestajemy być świadkami Prawdy.

U nas w Polsce ten schemat ciągle się powiela. Dla przykładu, „Gość Niedzielny” po zmianie redaktora naczelnego znów zaczyna się przymilać do partii opozycyjnej, robi piękną kampanię wyborczą nowo namaszczonemu „mesjaszowi” , czyli kandydatowi na premiera, który, taka chyba istnieje nadzieja, znowu zaprowadzi porządek i sprawi, że katolicy nie będą już świadkami Prawdy, bo przed kim? Że wprowadzi prawa ( i idący za nimi sankcje) „skłaniające” innych, którzy nie podzielają naszych przekonań, aby je jednak podzielali, bo jak nie, to będzie kara. Czyli królestwo Boże wprowadzane „na siłę”. To oczywiście iluzje, że coś takiego wprowadzi jakakolwiek władza polityczna. Ale ta iluzja działa od tysiącleci i skutecznie zagradza drogę do prawdziwego nawrócenia i przyjęcia sercem Ewangelii.

Dariusz Piórkowski SJ

Brat w wierze, jezuita, prezbiter w: Towarzystwo Jezusowe

0 komentarzy