Dzisiaj dowiedziałem się o kolejnych dwóch w jednej z diecezji w Polsce. Odejścia księży to w Polsce temat tabu. Statystyki oczywiście są dostępne, ale tylko biskupom i pewnie paru wtajemniczonym osobom w diecezji. Opinii publicznej tych liczb się nie podaje. Nie wiem, czy Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego posiada takie dane. Póki co publikuje się tylko liczbę kandydatów do seminariów diecezjalnych i duchownych, ewentualnie liczbę wyświęconych. Tych, którzy występują lub odchodzą z kapłaństwa już się nie podaje. Dlaczego? Najpierw klasyczny powód – by nie gorszyć. Dość już tych przypadków odejść lub skandali z udziałem księży, które wychodzą na jaw. Drugi powód? Przynajmniej z danych z jednego roku w pewnej polskiej diecezji liczba tych, którzy opuścili kapłaństwo jest większa niż liczba tych, którzy wstąpili. Obawiam się, że ten trend powtarza się w wielu polskich diecezjach. Co ciekawe, wydaje się, że proporcjonalnie liczba księży odchodzących obecnie jest znacznie większa niż dawniej. Myślę, że po części wiążę się to z większym przyzwoleniem społecznym niż dawniej, chociaż nadal sporo ludzi, w tym samych księży, nazywa odchodzących „judaszami” i „zdrajcami” Chrystusa. Tak było parę lat temu w w jednym z listów, który napisał abp jednej z archidiecezji w Polsce.
Czemu księża odchodzą? O, to kolejny temat objęty „papieską tajemnicą”. W ostatnich latach spotkałem wielu księży. Nasłuchałem się trochę historii. Z wieloma jestem w stałym kontakcie. Ogólnie rzecz ujmując, nie jest wesoło. I tu nie tylko chodzi o często osobiste dramaty, kryzysy, załamania psychiczne, choroby, zaniedbanie wiary. O powodach odejść niewiele się mówi publicznie (nie wiem, może biskupi usilnie się nad tym zastanawiają, a może po prostu wszystko przypisują poszczególnym księżom, którzy decydują się na zostawienie kapłaństwa), ponieważ sprawa ta dotyka także instytucji, sposobowi sprawowania rządów w diecezji, chorym układom i klikom. W niejednej diecezji trudno nawet normalnie porozmawiać ze swoim biskupem.
To nie jest tak, że głównym powodem odejść jest…. kobieta. Wcale nie. Często przeciążenie pracą, brak wspólnoty i wsparcia, uduchawanie uczuć i seksualności w seminarium, krzywdzenie młodych księży przez proboszczów (rzecz jasna nie przez wszystkich). Nie zapomnę pewnego dnia w lato w wiejskiej parafii, w której zatrzymałem się jadąc przez Polskę na rowerze. Podczas kolajcji na plebanii proboszcz, od którego aż biła samotność nie mógł skończyć opowiadać o swoich bólach,troskach, zmaganiach. Mnie się już oczy zamykały, a on nie przestawał. Właściwie przez kilka godzin powiedziałem parę zdań. W innej parafii, w której głosiłem rekolekcje sami wikarzy podeszli do mnie i zaprosili na kawę po śniadaniu. Wylali wszystkie swoje żale i opowiedzieli jak są traktowani przez proboszcza, który miał dobre układy z kurią i biskupem. Współczułem im.
Bywa i tak, że podczas różnego rodzaju psychoterapii wielu młodym księżom w jakimś sensie otwierają się oczy. Widzą, że to wcale nie powołanie stało za ich wstąpieniem albo przed czymś uciekali nie będąc tego świadomymi. Oczywiście są i tacy księża, którzy zaniedbując modlitwę, sakramenty, relacje międzyludzkie koniec końców stwierdzili, że nic ich już tutaj nie trzyma. Wiele jednak ratuje swoje zdrowie, a może nawet życie, bo odbijali się od drzwi swoich przełożonych, którzy zbagatelizowali ich sytuację. Wpadli w ciężkie depresje, wypalenie i nie zostali zrozumienie. Niektórz zmagają się z ciężkimi uzależnieniami, które nierzadko próbuje się leczyć wciąż tylko „rekolekcjami” i „modlitwą”
Problemem nie są tylko księża, którzy dopuszczają się przestępstw i trzeba z nimi coś zrobić. Myślę, że nadszedł już najwyższy czas, by naprawdę z troską przyjrzeć się odejściom księży na spokojnie. Wyzywanie od judaszów czy grożenie piekłem to żadne rozwiązanie. Jeden ze znajomych księży przysłał mi niedawno ciekawą książkę własnego autorstwa: „Między wspólnotą a systemem. Projekt domu dla księży w kryzysie jako środowisko życia”. Jest to jego własna propozycja, bo sam jest księdzem po przejściach, któremu z pomocą wspólnoty i Boga, udało się wyjść z uzależnienia. Nie każdemu się udaje.
Myślę, że w Kościele hierarchicznym, pośród duchownych, brakuje dobrych relacji, normalnych, ludzkich, bez tego teologicznego napuszenia, bez formowania księdza na pomnik, któremu także idealizacja świeckich nie pozwala na słabość, błąd, grzech, upadek. Nie jestem też pewien, czy narzucony odgórnie celibat i, oczywiście, uduchowiony teologicznie, jakby seksualność o dziwo została wyjęta z natury, którą udoskonala łaska. W przypadku księży nagle to udodkonalenie polega na tym, by seksualność wygasić. Ale nawet nie chodzi o samą seksualność, lecz o bliskość, relacje, intymność. To złudzenie, że można to jakoś cudownie „zastąpić” samą modlitwą. Zważywszy jeszcze na to, że mało kto, jeśli w ogóle, przychodzi do seminarium bez deficytów czy traum z dzieciństwa. Celibat jest możliwy, ale przy założeniu, że przepracowane zostaną traumy, że człowiek nie wyprze tego, co boli go i czego mu brakuje i nie odetnie się od relacji z ludźmi.
Bardzo niesprawiedliwe jest zrzucanie całej odpowiedzialności za odejście na konkretnego człowieka. Gdyby tak było, należałoby do kosza wyrzucić prawdę o tym, że jesteśmy Ciałem Chrystusa, że jesteśmy powiązani ze sobą, ale też w obecnym systemie władzy w Kościele wciąż nie ma dobrych sposobów radzenia sobie z kryzysami, które niechybnie przechodzą także i księża. Bo nie wszystko od nich zależy. Wiele zależy, jak pisze mój znajomy ksiądz, także od środowiska, od otoczenia, od jakości relacji. Jeśli do księży będzie się podchodzić tylko jak do pracowników i jeszcze obarczać ich pracą często bez wytchnienia, to nie ma się co dziwić, że niektórzy nie wytrzymują.

0 komentarzy