„ I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony” (Mk 16, 15-18)
W znakomitej książce „Chrześcijaństwo. Triumf religii” Peter Heather dowodzi, że właśnie teraz, w naszych czasach otwiera się przed chrześcijaństwem niedostępna nigdy dotąd szansa: że zgodnie ze słowami Jezusa o uczniach jako soli ziemi i światłu świata, może się ono w końcu rozchodzić za sprawą prawdziwej ewangelizacji, nawrócenia rzeczywistego i wspólnoty. Dlaczego? Autor przekonuje, że od czasów Konstantyna i jego edyktu tolerancyjnego chrześcijaństwo rozszerzało się w głównej mierze dzięki władzy politycznej, dzięki odpowiedniej koniunkturze ekonomicznej, dzięki systemowi łask i przywilejów udzielaonych przez władców, a czasem wręcz za sprawą przypadku. Oczywiście, jakaś ewangelizacja była, podobnie i prawdziwe nawrócenia, ale działo się to „punktowo”, nie globalnie. Po prostu takie były realia. Inaczej się nie dało. Do X wieku Kościołem tak naprawdę zarządzali nie papieże, lecz cesarze rzymscy, a po upadku Cesarstwa cesarze postrzymscy. Skutkiem tego istotnie, wszyscy musieli stawać się chrześcijanami, jeśli chcieli, np. otrzymać pracę, jakiś urząd, a w przypadku elit aby zyskać lub nie stracić zbyt wiele, wszak wiadomo, że ta grupa zawsze jest najbardziej „zagrożona”. Do chrześcijaństwa tak czy inaczej „zmuszano”, czasem nawet siłą albo po prostu wizją utraty urzędu, przywilejów itd.
Kościół z konieczności musiał się dostosować do tego światowego porządku. I był zmuszony do podporządkowania się chrześcijańskim władcom, a potem stald był kuszony do podporządkowania państwa i władców sobie. Wiadomo, że to wszystko zwykle skazane jest na porażkę. No i przy założeniu, że wszyscy mają być chrześcijanami, przynajmniej z nazwy (co w tym świecie nigdy nie będzie faktem, ale jest to kusząca perspektywa), uznano, że wcale nie trzeba uwierzyć zanim przyjmie się chrzest. Wystarczy przyjąć chrzest – a powiedzieć można wszystko, bo przecież nikt nie bada intencji obecnych w sercu. Ale efektem tego okazała się daleko posunięta „destylacja” chrześcijaństwa, czyli jego romanizacja, uświatowienie, dostosowanie się do zmieniających się wiatrów władzy i układów politycznych, przejęcie wielu pogańskich zwyczajów, ubranie religijności naturalnej w szaty chrześcijańskie, czyli żłagodzenie rewolucji zapoczątkowanej przez Jezusa. To wcale nie żaden brak poczucia grzechu i zepsucie ludzi powoduje ich odchodzenie z Kościoła. Zupełnie na odwrót. Oni tak naprawdę nigdy nie byli w tym Kościele, ponieważ do wiary rzadko prowadziło rzeczywiste nawrócenie, relacja z Chrystusem, która, co tu dużo mówić, jeśli będzie wierna Ewangelii, powoduje prześladowania chrześcijan, wykluczenie, utratę przywilejów i wiele innych niekorzystnych „skutków”. Trzeba istotnie mieć głębokie zakorzenienie w Chrystusie, by płacić tak wysoką cenę za bycie Jego uczniem.
Dopiero pojawienie się nowożytnych państw i współczesnej demokracji spowodowało, że możliwy jest prawdziwy rozwój Kościoła w autonomii wzajemnej państwa i religii. No i z konieczności bez iluzji, że wszyscy będą chrześcijanami albo powinni się nimi stać. Jezus o niczym takim nie mówił. W demokracji, która też nie jest idealnym ustrojem, nie da się narzucić religii. I bardzo dobrze. W końcu chrześcijaństwo nie będzie służyć do tego, aby nam się dobrze powodziło, że państwo zabezpieczało nasze wszystkie potrzeby, dawało fory chrześcijanom. W demokracji nigdy nie będzie tak, że wszyscy będą uczniami Jezusa. To nierealne. Ale w demokracji, kiedy już Bóg nie jest „potrzebny”, by nam zapewnić wszystko, nareszcie można z Nim wejść w głęboką relację. Ale to nigdy nie będzie pragnienie wszystkich. Bo wiara prawdziwa często powoduje, że nie będzie się nam we wszystkim powodziło.
W Polsce ciągle duże grupy w Kościele katolickim żyją iluzją państwa wyznaniowego, zapominając, że władza zawsze wykorzystuje religię do swoich celów czy do podtrzymania porządku społecznego. Partia chce wsparcia Kościoła, a Kościół wsparcia państwa. Wczoraj kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej, która przy pomocy Kościoła i chrześcijaństwa została wykorzystana do celów politycznych. Tworzenie państwa wyznaniowego, co w demokracji prawie jest niemożliwe, usprawiedliwia się to hasłem, że Polska zawsze była katolicka. Z nazwy tak. Z czynów i działania nie. Co najwyżej punktowo, w przypadku jednostek.
Nadszedł więc, złoty wiek Kościoła w Europie, i w Polsce. U nas jednakże jeszcze trwa walka o zrozumienie tego, że alianse z władzą wypłukują z chrześcijaństwa sól. A jak jej nie ma w chrześcijaństwie, to czym się ono różni od jakiejkolwiek innej religii? Niczym. Nadchodzi czas, gdy już chrześcijanie nie będą masą, nie będzie Polska cała katolicka. Natomiast zaczyna się czas prawdziwego nawrócenia, wyboru Ewangelii sercem, a nie tylko zewnętrznymi motywacjami. Jednak życie zgodne z Ewangelią, ale takie do końca, a nie zgodne z tym, że będziemy chodzić ze sztandarami, że jesteśmy katolikami, ale w życiu nadal będziemy się dzielić, żreć, pogardzać innymi, manipulować Bogiem i Ewangelią, nigdy nie będziemy domeną wielu. Zawsze tylko Reszta będzie wierna Bogu. I często zapłaci za to wysoką cenę.
Kościół stanie się dla tego świata śmieszny, nieistotny, marginalny. Podobnie jak Jezus stał się dla większości swoich rodaków. Ludzie Kościoła będą sądzić, że to upadek…. Kościoła. Brak wpływu, posłuchu, autorytetu. Tak, to będzie prawdziwie ewangeliczny czas ponownego zasiewu. Działania mocą ziarenka gorczycy i przemiany poszczególnych serc, które będą promieniować na otoczenie miłością. Ale nie triumfalnie i na oczach kamer, lecz w pokorze i pozornym braku wpływu.
Abp Tadeusz Wojda w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego”. mówi, że musimy wyjść do tych, którzy odeszli. Zgadzam się. Pytanie tylko, jak to zrobić. Bo w dotychczasowym modelu to niemożliwe. Dotychczasowy model ewangelizacji Kościoła polega głównie na tym, że ci, co odeszli powinni przyjść z powrotem do kościoła. Jak wyjść do tych, co odeszli, jeśli całe chrześcijaństwo i głoszenie zasadniczo zamyka się w kościele i kancelarii parafialnej? Można oczywiście wyjść przez media. I to częściowo się dzieje. Ale większość mediów katolickich służy tylko temu, by bronić status quo i punktować kolejne zagrożenia i pomstować jak to źle na Zachodzie, a u nas dobrze. Młodzi ludzi to sobie z tego robią memy.
Nie rozpoczniemy prawdziwej ewangelizacji dopóki nie zrozumiemy, że życie Kościoła nie ogranicza się tylko do sakramentów i nie zamyka w kościołach. Ale i tak póki co nie mamy pojęcia, jak wyjść do tych, którzy odeszli. Jezus mówi, by do nich iść. Może trzeba to potraktować dosłownie? Ale w sytuacji, gdy często postrzeganie Boga i samego Jezusa został tak wypaczony przez ludzi Kościoła, że ci, co odeszli nie chcą nawet słuchać o Bogu i Jezusie, to nawet z tym wyjściem bezpośrednio do ludzi jest problem. Po prostu teraz następuje czas kryzysu, oczyszczenia, bo zaczął się złoty wiek, wielka szansa, dla Kościoła, gdy tracąc wiele,ekonomicznie, liczebnie,majątkowo, w końcu będzie mógł zająć się namysłem nad tym, co zrobić, aby ewangelizować, nie licząc na to, że całe tłumy masowo wejdą do Kościoła lub do niego powrócą. Niektórym trudno się z tym pogodzić, bo myślą o Kościele po światowemu, po konstantyńsku, po cesarsku. No i mają wiele do stracenia. Więc ból jest i będzie duży. Ale to jest ból, który prowadzi do wolności i chrześcijaństwa, które będzie solą ziemi i światłem świata.

0 komentarzy