„Wstawszy, pójdę do mojego ojca” (Łk 15, 18)
W Bejrucie trwają naloty izraelskiej armii bombardujące, jak oficjalnie się podaje, siedzibę Hezbollahu. W tym samym mieście przed kilkudziesiąciu laty maronicki prezbiter o. Jean Corbon pisał i redagował czwartą część obecnego Katechizmu Kościoła dotyczącą modlitwy. A robił to często w schronach, ukrywając się przed bombami. Kiedy co chwila czytam fragmenty Katechizmu poświęcone modlitwie, sama ta okoliczność jest dla mnie ogromnym wsparciem w mojej małej wierze. Zrozumiałem bowiem, że o. Corbon mógł napisać tak piękne i zarazem pełne głębii strony o modlitwie, ponieważ sam modlił się, chociaż świat wokół niego obracał się w ruinę. Był zakorzeniony w źródle. I to czuć, kiedy czyta się tę część Katechizmu.
Reflektując nad chrześcijańską formą modlitwy myślnej, Katechizm uczy: „Rozmyślanie pobudza myśl, wyobraźnię, uczucia, pragnienie. Takie uaktywnienie jest konieczne do pogłębienia pewności wiary, pobudzenia nawrócenia serca” (KKK, 2708)
To jest niesamowite, że na drodze wiary, ale chyba w ogóle w życiu sprawa wygląda podobnie, potrzebujemy impulsu, który sprawi, że działamy z głębi serca, z naszego osobowego centrum. Zstępujemy do naszego serca, gdy zaangażowane są wszystkie nasze władze: wola, rozum, uczucia, wyobraźnia, pragnienia. Wtedy spotykamy się sami z sobą. Wtedy dostrzegamy również, że nie jesteśmy sami. Takie uaktywnienie serca pobudza je do nieustannego nawrócenia. Niefortunnie często sprowadzamy nawrócenie do porzucenia grzechu, ale nawrócenie to proces dojrzewania, zostawiania i robienia kroku naprzód, poznawania Boga i siebie samego, przechodzenia z jednego etapu na drugi.
I właśnie to umozliwia modlitwa. Kiedy rozważamy Słowo Boże lub cokolwiek dobrego i pięknego, „mobilizujemy” nasze serce, w którym nie możemy przebywać świadomie cały czas. Dużo naszego życia poświęcamy na zajęcia powierzchowne, ale uwaga, nie znaczy to, że niepotrzebne, płytkie czy złe. Przeciwnie. Przez „powierzchowność” rozumiem tutaj pewną zwyczajność, może nawet monotonię. Człowiek nie jest w stanie żyć w maksymalnym skupieniu nieustannie. Ale czas modlitwy, prawdziwych spotkań z Bogiem, z ludźmi, daje nam możliwość zstąpienia bardziej świadomie tam, gdzie bije źródło naszego życia, naszej tożsamości.
Czytam i rozważam po raz kolejny przypowieść o dobrym Ojcu i synach pragnących miłości. Dla młodszego syna czasem zstąpienia do serca – tak też bywa w naszym życiu – jest doświadczenie głodu, bliskości śmierci i upodlenia. Wtedy „przyszedł do siebie”, to znaczy, wszedł do swojego serca, zaczął myśleć, nawet jeśli na tym etapie jego myślenie w dużej mierze dotyczyło nie tyle ojca, co przetrwania.
Syn postanawia: „Wstawszy, pójdę do ojca”. Pojawia się tutaj forma greckiego słowa „anastas” od „anastasis”- „ponownie wstać”. To termin techniczny w Biblii oznaczający zmartwychwstanie. W liturgii postawa stojąca wyraża właśnie tę prawdę, że już z Chrystusem powstaliśmy z martwych i dlatego możemy „iść w pokoju Chrystusa”, pełniąc naszą misję w świecie.
Ta decyzja wywołana dramatycznymi okolicznościami życia, nawet skłonni bylibyśmy powiedzieć – nieco egoistyczna, jest, moim zdaniem, odpowiedzią na subtelne działanie Ducha w sercu człowieka. Bo treścią rozważania może być po prostu nasze życie. A Bóg wykorzysta wszystko, by nas przyciągnąć do siebie. Nasza odpowiedź nigdy nie jest adekwatna do wielkodusznego działania Boga. Ale to wystaczy jako pierwszy krok. Bo bardziej adekwatnie możemy odpowiedzieć, gdy doświadczymy bliskości Boga.
Syn niejako powstał na nogi, powstał z martwych, ze śmierci. I ciekawe, chociaż przymierał głodem, doszedł do domu ojca, chociaż być może szedł długo.
O. Corbon pisze w swojej książce „Liturgia ze źródła”, że tajemnicza boska obecność nie zwodzi ludzkiego serca, lecz nasyca je, ale też poszerza przez przyciąganie. I to przyciąganie wcale nie musi odbywać się w „pobożnych” słowach, uniesieniach, olśnieniach. Czasem Bóg przyciąga nas do siebie przez doświadczenie naszej nędzy, gdy szukamy nasycenia chcąc zjeść strąki przeznaczone dla świń, a nie dla człowieka, Ani strąki nie są złe, ani świnie, Tylko to nie jest pokarm dla człowieka. Oczywiście, chodzi o pewien obraz.
Moja dobra znajoma podzieliła się ze mną uwagą dotyczącą jednego z czytań w tym tygodniu. Prorok Izajasz zwraca się do Izraelitów nazywając ich ludem Sodomy i Gomory. To symbol największego możliwego zepsucia. I wcale nie chodzi o homoseksualne czyny, do czego niektórzy próbują sprowadzić to porównanie, gdyż Sodoma i Gomora powstanie na sądzie, jak mówi Jezus, sądząc tych, którzy nie przyjęli daru bliskości Boga w Jezusie.
Ale prorok wzywa ten lud Gomory do zaprawiania się w dobrem. Nie robi krzyżyka na ich czole w poczuciu rezygnacji. Ufa, że nawet Sodoma i Gomora może się nawrócić. Bo w człowieku jest coś pierwotniejszego, coś trwalszego niż jego błądzenie i grzech.
A wczorajszy król z przypowieści o robotnikach w winnicy czyż z naszego ludzkiego punktu widzenia nie jest „naiwny”? Posyła sługi, aby odebrali plon jemu należny. Zostają pobici, zabici i ukamienowani. Ale król nie zniechęca się; posyła jeszcze więcej sług, ufając, że może jednak ich przyjmą. Ale nic z tego. A on dalej sądzi, że gdy pośle swego syna, to go uszanują. Dlaczego on tak „naiwnie” wierzy w człowieka?
I wbrew temu, co sugerują faryzeusze i uczeni w Piśmie Bóg nie wytracił marnie nędzników (tak by zrobił człowiek -wystarczy posłuchać w mediach co Ameryka zrobi Iranowi, a Iran Ameryce i innym krajom). Ten Bóg pozwolił, aby Jego Syn został marnie stracony przez ludzi, aby potem ci sami ludzie mogli powstawać z martwych, powstawać ze śmierci, która działa przez żądze, odwet i siłę.

0 komentarzy