Byłem dzisiaj w Muzeum Narodowym w Warszawie. Właściwie mnie już interesuje od lat tylko malarstwo. I to jeszcze takie, na którym, jak to mówię, rozpoznaję ludzi, domy, rośliny i zwierzęta, bo malarstwo współczesne mnie po prostu przerasta. Nie mogę jakoś dociec głębi niektórych współczesnych dzieł. Zresztą trochę już tych muzeów czy galerii obejrzałem na świecie. I nigdy nie silę się na obejrzenie wszystkiego. Mam swoich ulubionych malarzy. Czasem to potrafię parę godzin spędzić przy kilku obrazów. Pasjonują mnie różne szczegóły, kolory, światło. Co artysta to, wiadomo, inny styl, inne akcenty. Szczególnie lubię oglądać sceny biblijne, ich różne interpretacje. Nieraz bardzo odkrywcze i dające do myślenia. Oczywiście, jestem w tym względzie laikiem, nie patrzę na obrazy okiem eksperta. I może dobrze.
Podoba mi się polskie malarstwo, zwłaszcza XIX wieczne. Naprawdę nie mamy się czego wstydzić. I tak się dzisiaj zastanawiałem, co decyduje o tym, że niektóre nazwiska malarzy i ich dzieła są tak wysoko cenione. Na pewno kunszt, pewna myśl, która się kryje za przedstawieniem czegoś na płótnie, wprowadzenie czegoś zupełnie innego, awangardowego, jak chociażby nasz Chopin, tyle że w muzyce. Ale tak sobie pomyślałem, czy nasz Chełmoński, Siemiradzki, Wyczółkowski, Malczewski, Mehoffer, Boznańska i wielu innych aż tak bardzo odstają od Moneta, Rembrandta, Vermeera, Rubensów? Nie mam pojęcia. Nie potrafię tego ocenić. Ale czy czasem ta „mniejsza” popularność nie jest spowodowana tym, że u nas wszystko później się zaczęło? Niektóre style i epoki w ogóle się nie zaczęły albo tylko szczątkowo. Na pewno gdy wielcy znawcy, profesorowie sztuki spoglądają na różnych twórców, to widzą te skoki jakościowe. Ale przeciętny kontemplujący obrazy może wielu tych rzeczy nie wiedzieć. Te obrazy mogą naprawdę wiele zmienić nawet w życiu. Dla mnie takim obrazem jest np. „Powołanie św. Mateusza” M.Caravaggio ( w ogóle bardzo lubię jego obrazy). Ale chyba nie potrzeba do tego jakiejś tajemnej, wnikliwej wiedzy, aby obraz poruszył. On mówi przecież sam sobą.Podobnie z poezją. Nie muszę posiąść wszelkiej możliwej wiedzy z literatury, by poruszył mnie wiersz. Kilka z nich noszę nieustannie w sercu, bo coś ważnego zmieniły lub wprowadziło do mojego życia: Ks. Twardowski, Z. Herbert, Cz. Miłosz, W. Szymborska. J. Liebert, L. Staff. Nie mam wątpliwości, że nie ustępują oni w niczym innym wielkim poetą, choć wiadomo, że geniusze są rzadkim gatunkiem. Nawet cytat z J. Kasprowicza, wokół którego osnułem maturę już wtedy mocno mnie dotknął i w pewnym sensie do dziś jest dla mnie źródłem, z którego czerpię: „Ci tylko dla mnie warci, co są jak drożdże, mający w sobie ferment rozsadzający światy”
Tak przy okazji wizyty w muzeum pomyślałem jeszcze o tym, że my Polacy mamy naprawdę duży potencjał w wielu dziedzinach, ale też ząb historii nas bardzo poharatał, pomniejszył. Mamy dużo kompleksów, niepotrzebnie. No może już nieco mniej niż dawniej. Nie chcę przez to powiedzieć, że to inni i świat winien jest, że w niektórych dziedzinach słabo się rozwinęliśmy. Ale częściowo tak niestety jest. Ilu artystów, pisarzy, malarzy, muzyków musiało emigrować tylko w XIX wieku! Nie mam wątpliwości, że mamy duży potencjał, chociaż przyglądając się nieco systemowi edukacji i powierzchowności przekazu w mediach, obawiam się, że to może bardziej zaszkodził naszemu potencjałowi niż zabory i wojny.
Niemniej, jeśli ktoś nie był jeszcze w Muzeum Narodowym w Warszawie, to polecam bardzo tamtejsze malarstwo polskie i zagraniczne. To dobrze spędzony czas. No i pokarm dla zmysłów i serca.

0 komentarzy