„Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą” (Mt 23, 4).
Czy te słowa dotyczą także Kościoła nauczającego, to znaczy Magisterium, a takze nas księży? Oczywiście, że tak. W jakim sensie? „Ciężar wielki” wkładany na ramiona ludzi i zostawianie ich z tym samych, może moim zdaniem dotyczyć czterech sytuacji:
- Nauczanie moralne może być wyrażone w tak hermetyczny, niejasny sposób przez grupę ekspertów i znawców, że przeciętny wierny, który przecież nie musi być ani teologiem, ani moralistą czy egzegetą, kompletnie tego nie rozumie, a przy tym ciągle mu się mówi, że tak powinien robić, nawet jeśli nie rozumie, o co chodzi. Albo trzymamy się nauczania moralnego (a ono musi się przecież zmieniać w niektórych aspektach stosowanie do rozwoju wiedzy o człowieku), które w świetle współczesnej nauki jest nieadekwatne lub uzasadniane w sposób anachroniczny.
- Ogłasza się lub nakazuje jakieś prawo abstrahując od osoby, od relacji, życia, jej różnych uwarunkowań, z lęku przed „rozmyciem doktryny” . Człowiek ma być „maszyną” do wdrażania, najlepiej natychmiast, ideałów podawanych przez Magisterium Kościoła. Człowiek jest wtedy dla prawa, a nie prawo dla człowieka. Osoby nauczające chowają się za przepisami i prawem, nie pozwalając na wyrażenie i usłyszenie często słusznych wątpliwości, niezrozumienia, pytań ze strony „nauczanego”, zwłaszcza jeśli ta część moralności nauczających nie dotyczy. Zadawanie pytań i wątpliwości stawia księdza w niekomfortowej sytuacji: musi wyjść poza literę prawa, wsłuchać się w to, z czym ma trudność (obiektywną lub subiektywną) konkretny wierzący. A to już zakłada proces rozeznawania bardzo niebezpieczny dla legalizmu i kościelnego nakładania ciężarów moralnych.
- Brak jakiegokolwiek wsparcia, ale także zrozumienia, bo to zakładałoby zaangażowanie przekraczające jedynie głoszenie doktryny moralnej, wobec tych osób, które przeżywają trudności, chociaż maja dobrą wolę, ale potrzebują czasem światła, wysłuchania, zrozumienia. Papież Franciszek, a wcześniej Jan Paweł II nazywali to towarzyszeniem duchowym.
- Gaszenie pytań, próby zrozumienia niektórych norm moralnych, które mogą nie być jasne dla wierzących, fideizmem. To znaczy nie należy stawiać pytań, próbować zrozumieć, tylko „na ślepo” wprowadzać normę, niemal jak robot, który wykonuje polecenia i rozkazy swego pana.
Klasycznym przykładem nauczania moralnego Kościoła, które często podpada pod „wiązanie ciężarów i wkładanie ich ludziom”, choć samemu palcem się ich nie tyka, jest nauczanie o małżeńskim akcie, a zwłaszcza antykoncepcji. Piszę to jako duszpasterz, na podstawie doświadczenia rozmów głównie z młodymi małżonkami. Szczęśliwie lub nie, stałem się „starszym specjalistą Pogłębiarki w sprawie antykoncepcji” po opublikowaniu podcastu na ten temat. Oczywiście, czytelnik zapewne wyczuwa tutaj nutę ironii.
W „Familliaris Consortio” Jan Paweł II pisze, że „jako Matka, Kościół chce być bliski wszystkim małżeństwom, które napotykają na trudności w tym ważnym punkcie życia moralnego: zna dobrze ich często bardzo przykre położenie, niekiedy będące wprost udręką z powodu różnego rodzaju trudności, nie tylko natury indywidualnej, ale i społecznej; wie, że wiele małżeństw napotyka na trudności nie tylko w konkretnej realizacji, ale także w samym zrozumieniu wartości zawartych w normie moralnej” (FC, 33)
Interesujący jest już sam fakt, że o trudnościach w zrozumieniu wartości normy moralnej i jej realizacji Papież pisze głównie w odniesieniu do…. współżycia małżeńskiego, jakby w innych sferach podobnych trudności nie było. A są. I naprawdę trzeba poważnie potraktować słuszną uwagę Jana Pawła II, że każdy wierzący, nie tylko małżonkowie mogą mieć trudności zarówno w rozumieniu jak i realizacji normy. Czy próbujemy to brać pod uwagę i podejść do nich poważnie? Różnie bywa. Ale wróćmy do przykładu płodności i antykoncepcji. Istotnie, najczęstszzym pytaniem młodych małżonków (starszych też) jest niezrozumienie zakazu antykoncepcji, różnicy między, jak sami to ujmują, antykoncepcją „naturalną” i „sztuczną”
Są to ludzie, którzy naprawdę mają dobrą wolę, przeczytali wiele na ten temat, doświadczają trudności i nie są w stanie zrozumieć. Weźmy dla przykładu uzasadnienie „szkodliwości” antykoncepcji w „Familiaris consortio”:
„Kiedy małżonkowie, uciekając się do środków antykoncepcyjnych, oddzielają od siebie dwa znaczenia, które Bóg Stwórca wpisał w naturę mężczyzny i kobiety i w dynamizm ich zjednoczenia płciowego, zajmują postawę „sędziów” zamysłu Bożego i „manipulują” oraz poniżają płciowość ludzką, a wraz z nią osobę własną i współmałżonka, fałszując wartość „całkowitego” daru z siebie. W ten sposób naturalnej „mowie”, która wyraża obopólny, całkowity dar małżonków, antykoncepcja narzuca „mowę” obiektywnie sprzeczną, czyli taką, która nie wyraża całkowitego oddania się drugiemu; stąd pochodzi nie tylko czynne odrzucenie otwarcia się na życie, ale również sfałszowanie wewnętrznej prawdy miłości małżeńskiej, powołanej do całkowitego osobowego daru” (FC 32)
Jest to napisane językiem tak oddalonym od codziennego życia, w którym miesza się pojęcia filozoficzne ze wzniosłym „całkowitym darem z siebie”, że trzeba nie lada wysiłku intelektualnego i dobrej woli, by to pojąć. Kluczowe jest tu oczywiście pojęcie „natury”, na której opiera zasadniczo całe nauczanie moralne Kościoła dotyczące ludzkiej seksualności. Jan Paweł II próbuje „dodać” perspektywę relacyjną: obopólny dar osób. „Natura” oznacza tutaj również biologiczną konstytucję kobiety i mężczyzny. Zgodnie z „naturą” akt małżeński ma zawsze być nakierowany na potomstwo i zgodnie z naturą współżycie musi się „technicznie” wyrażać w penetracji pochwy przez członek i wytrysk „musi się” odbyć w pochwie kobiety. Poza okresami płodnymi oczywiście można współżyć, bo tak właśnie skonstruował kobietę Bóg.
W tym rozumieniu natury św. Tomasz z Akwinu nazwał grzechami przeciwko naturze: masturbację, zoofilię, homosekusalne stosunki, stosunek przerywany, wszelkie wylewanie nasienia poza narządami rodnymi kobiety.
Także w nauczaniu o zapłodnieniu metodą in vitro taka koncepcja natury odgrywa kluczową rolę: nie tylko chodzi o to, co zrobić z namnożonymi zarodkami ludzkimi, ale i o to, że zapłodnienie in vitro zakłada masturbację ojca w celu uzyskania nasienia i „technicznie” sperma nie jest wprowadzana do pochwy „za pomocą” członka, lecz przyrządu medycznego. Kompletnie nie liczy się relacja, miłość między małżonkami, lecz wyłącznie „technika” niezgodna z „naturą”. Jakby potem dziecko nie trzeba było otoczyć miłością, troską itd
I młodzi ludzie tego po prostu nie rozumieją. Co więcej, często nie mogą nawet wyrazić swoich wątpliwości, niezrozumień,bo nie ma gdzie, a nawet jeśli wyrażą, zostaną „naprostowani”, że „źle” myślą.
Co więcej, koncepcja natury – biologicznie i filozoficznie może i jest słuszna i prawdziwa, tylko że dzisiaj ludzie doświadczają trudności związanych ze zdrowiem, warunkami życia, stresem, które wpływają np. na regularność cyklu miesiączkowego kobiety. Oczywiście, można na to nie zwracać uwagi, „doradzać”, co kto powinien zrobić, czego unikać, zmniejszyć stres. To są piękne porady, zwłaszcza z punktu widzenia osoby, która tego nie doświadcza.
Kto by pomyślał jeszcze 50 lat temu, że nie tylko kobiety mogą być niepłodne trwale lub czasowo, ale także mężczyźni. Co więcej, dzisiaj wiemy, ze temperatura otoczenia, w którym przebywa mężczyzna wpływa nie tylko na ilość, ale też i na jakość plemników. Okazuje się, że męskie jądra nie lubią za wysokiej temperatury w naszej części świata. A ponieważ generalnie w naszych domach w ostatnich dziesięcioleciach się ociepliło, to znaczy mamy dość wysoką temperaturę w domach, jedną z metod leczenia męskiej niepłodności jest…. schładzanie jąder przez, jakkolwiek by to zabrzmiało, noszenie urządzenia schładzającego jądra. Czy to zgodnie z naturą czy niezgodnie z naturą? Czy może zgodnie z naturą nie powinniśmy tak ogrzewać domów, mieszkań, pociągów?
I jeśli trzymać się sztywno tej koncepcji natury, to czyż równie zgodne z naturą ( a może nie?) jest to, że to właśnie w okresie płodnym kobieta najbardziej pragnie zbliżenia, a nie w tzw. czasie niepłodnym. Czy to pragnienie jest przeciwne naturze? Oczywiście wtedy istniałoby ryzyko posiadania nie wiem jakiej liczby dzieci – i rozum nakazuje tutaj jednak roztropność. Więc choć natura naturą, to jednak rozum musi ją „modyfikować”, czyli wykluczyć współżycie z okresu płodnego kobiety, jeśli małżeństwo rozezna, że nie może mieć już więcej dzieci.
Analogicznie sytuacja wygląda z cyklem kobiety, na który wpływ ma nie tylko „antykoncepcyjna mentalność”, lecz masę różnych czynników. Można to oczywiście zbywać i „nakazywać” bezdusznie normę, zostawiając z tym małżonków samym sobie. Ale wtedy właśnie to jest nakładanie ciężarów nie do uniesienia.

0 komentarzy