Zaznacz stronę

O zbędnej spowiedzi – ad vocem do wywiadu z ks. Grzegorzem Strzelczykiem

18 kwietnia, 2026

Czytam sobie wywiad z ks. Grzegorzem Strzelczykiem „Kościół, świat, reforma”. I wracam do niektórych wypowiedzi, bo podobnie myślę, podzielam jego obserwacje i diagnozy. Napisałem parę lat temu książkę: „Po co nam spowiedź?”. No i dzisiaj chyba nieco inaczej bym ją napisał.

Oto fragment z wywiadu.

Grzegorz mówi w kontekście zadań spowiednika, że, jego zdaniem, większość spowiedzi jest zbędna

Zbędna? Jak to? – pyta Aneta Kuberska

„Większość spowiedzi nie zawiera wyznania grzechów ciężkich, więc z punktu widzenia skutków sakramentu, jakim jest przywrócenie „łaski uświęcającej, utraconej przez grzech ciężki, są one zbędne. Przez to, że bardzo intensywnie wdrażaliśmy praktykę częstej spowiedzi, jakby była konieczna do zbawienia, stworzyliśmy mechanizm, który paradoksalnie przeszkadza w prawdziwym nawracaniu się”

W pełni się zgadzam. Ale skąd ten mechanizm? Co to za mechanizm? Widzę kilka przyczyn:

Po pierwsze, obecna spowiedź, przynajmniej w Polsce, bo na Zachodzie i w Stanach jest już inaczej, i wcale nie jestem pewien, czy jedyną przyczyną zaniku spowiedzi jest tzw. brak poczucia grzechu w społeczeństwach, jest wynikiem konfrreformacji. Skoro Reformacja zanegowała spowiedź indywidualną, to my musimy nie tylko jej bronić, i słusznie, ale stworzyć z niej jeden z głównych wyznaczników katolicyzmu.

Po drugie, częstą spowiedź, nawet jeśli człowiek nie ma na sumieniu ciężkich grzechów, nakręca u wielu osób jansenistyczna trucizna z domieszką manichejskiej wrogości do ciała, czyli demoniczny obraz Boga, w myśl którego, wierzący musi stanąć przed Bogiem w nieskazitelnej czystości serca, a już na pewno w nieskazitelnej czystości seksualnej, wszak wierzący nie ma uczuć, popędów i seksualności. Jest niczym anioł. A nawet jeśli nie jest aniołem, to sfera cielesna, jest wrogiem tego, co boskie i duchowe.

Po trzecie, część spowiedzi, moim zdaniem, nie ma nic wspólnego z grzechem, tylko z nazywaniem grzechem tego, co nim nie jest. Wrogość do nauki, psychologii, psychoterapii, uduchawianie największych głupot, fideizm , perfekcjonizm, zaburzenia kompulsywno-obsesyjne sprawiają, że spowiedź staje się raczej rodzajem tabletki uspokajającej dla neurotycznego, schorowanego pacjenta, niż rzeczywistym lekarstwem. Do tego jeszcze mu ktoś wmówił, że jest straszliwie grzeszny. Oczywiście, jak w przypadku jansenistycznego strachu i rygoryzmu, stoi za tym ludzkie wyobrażenie karzącego Boga i odrealniona koncepcja człowieka, który rzekomo ma nad wszystkim kontrolę, wszystko wie, wszystko przewidzi, nie popełnia błędów. Jest po prostu Bogiem.

Po czwarte, to prawda, że gdzieniegdzie może być tak, iż ludzie czują się „sprawiedliwi”, bezgrzeszni, i niczego nie mają sobie do zarzucenia. Ale u nas często mamy obsesję związaną z grzechem, albo bardziej z tym, co uważamy za grzech. Siostry Franciszkanki z Piwnej w Warszawie mówią: „Przez krzyż do nieba”, a ja mam wrażenie, że nieraz zdajemy się mówić „Przez grzech do nieba”. Gdyby nie grzech, to chrześcijaństwo by upadło:)

Po piąte, zachęca się ludzi ciągle do spowiedzi, ale jednocześnie dla większosci wiernych nie ma praktycznie żadnej stałej formacji i katechezy, nie ma wychowania sumienia. I dlatego dochodzi do takich absurdów, że człowiek wyznaje w spowiedzi grzechy, ale twierdzi, że on nie widzi nic złego w tym, co zrobił, ale dla świętego spokoju się spowiada, bo… Kościół tak każe. Co więcej, wielu penitentom to sami księża w konfesjonałach robią rachunek sumienia i orzekają, co było a co nie było grzechem w ich życiu.

Po szóste, spowiedź nie jest jeszcze nawróceniem człowieka. Raczej, spowiedź jest usunięciem przeszkód i wsparciem na drodze nawrócenia. Nawet jeśli ktoś przychodzi do spowiedzi po latach życia w cięzkich grzechach, to jego proces nawrócenia zaczął się już przed spowiedzią i powinien się toczyć dalej po spowiedzi. Bo najważniejsze jest to, co się dzieje między spowiedziami, tam dzieje się lub nie nawrócenie. A polega ono na regularnej modlitwie, na uczeniu się wglądu w siebie, na samoświadomości, na podjęciu jakieś pracy nad określoną cnotą, której człowiekowi brakuje, na odpowiedniej ascezie, na budowaniu relacji, na dzieleniu się dobrym z innymi. Jeśli ktoś mówi, że kłóci się z żoną czy mężem, lub pije, lub trwa w jakimś innym uzależnieniu, to sama spowiedź go cudownie nie uzdrowi. Jeśli zmaga się z traumą, z seksualnością, to sama spowiedź go nie uzdrowi. Bo trzeba się zacząć pytać, a dlaczego ja się kłócę z małżonkiem, a czego szukam w uzależnieniu, a czemu w kółko powtarzam pewne kompulsywne zachowania. Wszystkie nasze grzechy, złe nawyki i uzależnienia są lekcją, która mówi nam coś ważnego o nas. Co z nią robimy? Jeśli jednak wiernym wbiło się do głowy konieczność spowiedzi jako pewnego rytuału religijnego albo takiej szybkiej przepustki do nieba, gdyby ktoś nagle umarł, to czy można się dziwić temu, że pomiędzy spowiedziami nic więcej się nie dzieje? W tym sensie tak rozumiana częsta spowiedź jest istotnie przeszkodą, a nie pomocą do nawrócenia.

Po siódme, myślę, że wielu spowiadających księży to potwierdzi, iż większość ludzi, którzy regularnie przystępują do spowiedzi potrzebuje nie tyle spowiedzi, co rozmowy, wysłuchania. Pomijam tutaj tych, którzy czynią to z różńych neurotycznych powodów. Ci tym bardziej powinni ją ograniczyć. Gdy piszę o rozmowie, mam na myśli to, że każdy z nas potrzebuje na drodze wiary kogoś, kto go wysłucha, będzie dla niego takim lustrem, kto nie osądzi już na wejściu. Życie nas zaskakuje, wrzuca w różne sytuacje i dylematy. Bywamy zmęczeni, zakręceni, nakręceni, uwikłani w coś, czasem zniechęceni. Gdy jest trudno albo pojawia się jakiś kryzys, perspektywa nam się zawęża, widzimy tylko częściowo. I dlatego potrzebny jest ktoś, a wcale nie musi to być ksiądz, kto z dystansu popatrzy na naszą opowieść. Czasem jego rola będzie polegać głównie na tym, by zadać dobre pytanie, by zwrócić uwagę na wieloaspektowość sytuacji, by wskazać osobie te obszary, których ona aktualnie nie widzi, by podnieść na duchu, ale też, gdy trzeba zwrócić uwagę, że każdy z nas, może się mylić, że nam się często wydaje, że wiemy.

Jeśli ksiądz nie uważa, że jest lepszy, mądrzejszy i świętszy od innych, od swoich parafian czy w ogóle od wierzących, to jest on wtedy odpowiednią osobą, by takiej pomocy udzielić innym. Nie dlatego, że jest świętszy, bezgrzeszny, i mądrzejszy. To są nasze iluzje i idealizacje. Ale jeśli nie brakuje mu pokory, a tej cnoty to nikt z nas nie ma w pełni, może pomóc bratu lub siostrze, zobaczyć światło w ciemności, podnieść na duchu, wskazać na te „miejsca” w życiu, gdzie już działa i działał Bóg, gdzie dzieje się dobro.

Ale przy tym systemie spowiedziowo-kościelnym, gdzie wszystko ma się odbyć 10 minut przed mszą świętą i przy tak wielkiej liczbie osób, to jest niemożliwe. Ludzie odchodzą od spowiedzi, bo często nie otrzymują tam pomocy, światła i pociechy, tylko na odwrót, odchodzą poturbowani. Oczywiście, nie wszyscy i nie w każdym przypadku. Ja osobiście od dzieciństwa miałem tak wielkie szczęście do spowiedników, do moich proboszczów, katechetów, a potem w zakonie, że mogę tylko Bogu dziękować. I takich jest spowiedników jest naprawdę wiele.

My dzisiaj potrzebujemy ludzi, także świeckich, którzy będą potrafili towarzyszyć innym duchowo. Ale znowu, jeśli ciągle tak silne jest przekonanie, że tylko święcenia, a nie wiara i modlitwa, dają gwarancję, że ktoś może mi pomóc w mojej drodze wiary, to zarówno po stronie duchownych jak i świeckich niewiele się zmieni.

No i po ósme, za częstą spowiedzią przypominaną przez wielu księży stoi lęk, że jeśli ludzie przestaną się tak często spowiadać, a i tak się to już dzieje, to kim będzie ksiądz, co będzie robić ksiądz. I to są bardzo ważne pytania, na które dzisiaj trzeba intensywnie szukać odpowiedzi.

Dariusz Piórkowski SJ

Brat w wierze, jezuita, prezbiter w: Towarzystwo Jezusowe

0 komentarzy