Zaznacz stronę

Po co uczniowie żyją na tym świecie?

8 lutego, 2026

„Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie» (Mt 5, 16).

Jeśli od serca zaczyna się zbawienie tego świata i jeśli serce czyste jest punktem docelowym, do którego mają zmierzać uczniowie Chrystusa, to teraz możemy lepiej zrozumieć, dlaczego Jezus mówi o tym, że Jego uczniowie są światłem świata. To światło to oczywiście dobroć i miłosierdzie samego Ojca. Ma ono płynąć coraz bardziej przez oczyszczane serce ucznia. Tym światłem jest łagodność, miłosierdzie, jednanie, wprowadzanie pokoju, dążenie do czegoś więcej niż obecna postać tego świata, znoszenie cierpienia z powodu bycia uczniem.

Jezus mówi, że tym światłem są dobre uczynki uczniów. Ale rzecz ciekawa, Jezus nie mówi o uczynkach w takim sensie jak później zaczęła mówić scholastyczna teologia, że przez nie zasługujemy na życie wieczne. Przez dobroć Ojca, które płynie przez uczniów (jeśli przyjmują królestwo Boże jak dzieci, jak ubodzy w duchu) zaczyna się zbawianie świata. Uczniowie są wysłani tam, gdzie panuje ciemność. Sami jej często najpierw doświadczyli. Ciemność to uczynki złe. Ta ciemność sprawia, że sami nie widzimy światła w sobie. Właściwie na tym polega grzech: on zasłania dobroć Boga w nas i w świecie. Inni ludzie patrząc na dobre uczynki uczniów mają chwalić Ojca. I właściwie na tym polega to, co nazywamy zasługą. Chodzi o to, że Bóg chce być widzialny w nas, uczniach. Współpraca z Nim polega na tym, że przyjmując dobrowolnie Jego światło, wnosimy je tam gdzie panuje ciemność. I to jest istota powołania ucznia. Moralność jest najpierw po to, by ludzie odkrywali Ojca, by Go chwalili i uwielbiali. Wielu ludzi ma potworne lub karykaturalne wyobrażenie Boga, często stwarzane i podtrzymywane także przez ludzi Kościoła. Zapominamy bowiem o tym, że ciągle czyha na nas pokusa tworzenia Boga na nasz obraz i podobieństwo. Dwa wnioski nasuwają się z tej dzisiejszej Ewangelii. Po pierwsze, jeśli uczniowie są światłem, to gdzieś muszą je przyjąć i przyjmować. Po drugie, Jezus wyraźnie mówi, że drogą do Boga jest także człowieczeństwo przemianiane przez Ducha. Ewangelizacja nie polega najpierw na nie wiem jakich kazaniach i eventach, lecz na dobrych uczynkach uczniów.

To światło przyjmuje się przez liturgię. I to nieustannie. Jesteśmy wszczepieni w winny krzew, którym jest Jezus. Jesteśmy Jego Ciałem. A to Ciało i my jako latorośle muszą być odżywiane, oczyszczane, umacniane relacjami. Znamienne, że w nowym Katechizmie Kościoła w przeciwieństwie do Katechizmu Rzymskiego opracowanego Soborze Trydenckim, dział o liturgii znajduje się przed częścią o „Życiu w Chrystusie” czyli o moralności. Katechizm Rzymski po omówieniu Credo od razu przechodził do Dekalogu a potem dopiero do sakramentów. No i z tego przez wieki pięknie narodził się kościelny moralizm. Napominanie, napominanie, moralizowanie, karcenie, a sakramenty? Cóż, często było nawet niemożliwością, by ludzie mogli w nich w miarę często uczestniczyć.

Jezus mówi jasno: najpierw jest światło, czyli dobroć Ojca, która ma płynąć przez nas, a potem uczynki. Nieco później Jezus precyzuje, że tymi dobrymi uczynkami nie mają być post, modlitwa i jałmużna. Przestrzega, by te pobożne uczynki czynić w skrytości. Nie na pokaz. Pobożne uczynki łatwo mogą zwieść innych i tego, kto je czyni. Mogą wzbudzić wrażenie świętości. Ale to jeszcze nie świętość. Jezus mówi o uczynkach miłości, które niewątpliwie płyną z liturgii i modlitwy, to znaczy, mają w niej swoje źródło.

Ale co się stało w Kościele? Na skutek rozrośnięcia się systemu kościelnego w Kościele, czyli upodobnienia się do świata w znaczeniu negatywnym oraz przez sklerykalizowanie Kościoła, powołania i kapłaństwa, przez wieki totalnie zaniedbano formację osób świeckich. Wydawałoby się, że nazwa „świecki” pochodzi od światła. Ale niestety pochodzi od świata. Podział Kościoła na trzy stany (Jak w średniowiecznym społeczeństwie): duchowny, zakonny i świecki uplasował tzw. świeckich na ostatnim miejscu. Bardziej doskonały oczywiście miał być stan zakonny (bo niby oderwany od świata) i duchowny. Przecież w tym świecie nie można stać się świętym….Sklerykalizowany Kościół sam stał się swoją ofiarą. Dzisiaj ciągle wiele osób świeckich za Kościół uważa sam kler. Tak zostali wychowani. Cała działaność świeckich to chodzenie do kościoła i przyjmowanie innych sakramentów. Trzeba powiedzieć, że wielu wiernym to bardzo odpowiada. Ciekawe, że gdy się mówi o kapłaństwie powszechnym wszystkich wiernych, to najbardziej oburzają się wierni świeccy. Chcą w kapłanie widzieć ucieleśnienie całęj świętości. Tylko tam widzą kapłaństwo. A sam kapłan ma być bezgrzeszny, nieskazitelny, pozbawiony słabości, jak pomnik. To też jest efekt klerykalizmu

Zastanawiająca jest uwaga Jana Pawła II w adhortacji „Christifideles laici” z 1988 roku, a więc w czasie, kiedy u nas upadała komuna, a Kościół, trzeba to powiedzieć otwarcie, żył czymś innym niż reszta Europy. Papież pisze tam takie słowa: „W swojej odpowiedzi na pytanie „kim są wierni świeccy”, Sobór odbiegł od poprzednich definicji, w większości negatywnych, i przyjmując zdecydowanie pozytywny punkt widzenia, stwierdził z całym przekonaniem, że są oni pełnoprawnymi członkami Kościoła objętymi jego tajemnicą i obdarzonymi specyficznym powołaniem, którego celem w sposób szczególny jest „szukanie Królestwa Bożego zajmując się sprawami świeckimi i kierując nimi po myśli Bożej” (nr 9)

Nie wiem, czym są „w większości negatywne definicje wiernych świeckich” z przeszłości, ale ta posoborowa zmiana, która uznaje „pełnoprawność” świeckich podobna jest do uznania „pełnoprawnej” roli kobiet w świecie i w Kościele. Jeśli Kościół to głównie hierarchia i zakonnicy przez wiele wieków, zresztą, gdy dziś zajrzymy do jakichkolwiek mediów, także katolickich, to gdy pada słowo „Kościół” ciągle myśli się o hierarchiii i instytucji. Jezus nie czyni żadnej różnicy między uczniami. Kiedy mówi słowa o byciu światłem świata, jeszcze nie wybrał apostołów, ale część z nich była pośród słuchaczy Kazania na Górze.

Jest jeszcze jeden problem związany ze sklerykalizowanym Kościołem. Podczas wielu soborów Kościół zajmował sie głównie reformowanie duchowieństwa, biskupów, zakonów. Zajmował się herezjami. A świeccy pozostawali na uboczu. Co najwyżej pojawiały się jakieś dekrety, i to głównie odnoszące się do Prawa Kanonicznego, w sprawie małżeństwa. I dlatego dzisiaj ciągle nie mamy w Kościele wypracowanej dobrej propozycji modlitwy, czy szerzej duchowości dla osób świeckich. Albo paciorek albo bycie jak mnich. Nie za bardzo wiemy, co poradzić młodym małżonkom i rodzicom, którzy chcieliby prowadzić życie modlitwy. Podobnie z sakramentami. Jak w tej „świeckości” świecić światłem Ojca, skoro mamy trudność z jej przyjmowaniem? Łatwiej zamknąć się za murami klasztorów czy zakonów, gdzie są jakieś wyznaczone pory na modlitwę albo nie trzeba sobie gotować, prać, sprzątać, wychowywać dzieci. Wtedy rzeczywiście „łatwiej” się modlić. Ale jak czynić to pośrodku spraw „światowych”, które wydają się być z dala od tych „duchowych”? Cudzysłów jest tu zamierzony, bo ten podział na „światowe” i „duchowe” to wpływ religijności naturalnej i wygodnego odsunięcia Boga poza codzienne życie. Jednak tak naprawdę zgodnie z Wcieleniem to właśnie w tych „światowych” sprawach jest obecny i działa Bóg. Te dobre uczynki, którymi uczniowie mają pokazywać Boga światu pogrążonemu w ciemności, musi się dokonywać właśnie pośrodku ciemności, ale w relacjach do ludzi, którzy nie żyją w klasztorach i wspólnotach, które się adorują:)

Myślę, że podjęcie takiej refleksji nad duchowością wiernych niebędących zakonnikami czy osobami wyświęconymi na szafarzy, będzie musiał dokonać następny Sobór.

Dariusz Piórkowski SJ

Brat w wierze, jezuita, prezbiter w: Towarzystwo Jezusowe

0 komentarzy