Zaznacz stronę

Przekraczać bramę serca dzięki uczuciom, relacjom, słowu i miłości

19 kwietnia, 2026

«O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! (Łk 24, 25)

«Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?» (Łk 24, 32)

Ta piękna historia spotkaniu Zmartwychwstałego z dwoma uczniami idącymi do Emaus jest opowieścią o ludzkim sercu, o potrzebie relacji, o roli słowa i miłości w naszym życiu. Chrystus dał się rozpoznać dwóm uczniom najpierw przez dialog (czyli słuchanie i mówienie), potem przez Słowo, czyli dokładnie Torę i Proroków z dodatkiem własnej interpretacji tych PIsm w świetle swojej Męki i Zmartwychwstania, a następnie przez bycie przy stole, jedzenie i dzielenie się chlebem. Dialog to początek i wyraz relacji, a także miłości, łamanie chleba to wyraz miłości, a pośrodku jak zwornik jest Słowo i Jego objaśnienie, które tworzą sens. Całość zakorzenia się w sercu człowieka. Wszystkiego tego potrzebuje każdy człowiek. Wszystkiego tego potrzebuje ludzkie serce: relacji, sensu i miłości.

Serce odgrywa w tym fragmencie kluczową rolę. Serce to nasze centrum, którego do końca nie znamy. Poznajemy je, czyli siebie samych, dzięki doświadczeniom, relacjom, poszukiwaniu sensu i dzięki miłości: przyjmowanej i dawanej innym. Jezus mówi, że uczniowie mają serca, dosłownie, „powolne” w okazaniu wiary. Kiedy Jezus ich opuścił, obaj zauważyli, że ich serca wcześniej płonęły. Serca powolne zostały zmienione w serca płonące. I musieli tego naprawdę mocno doświadczyć, skoro jeszcze tego samego wieczora wrócili do Jerozolimy. Pośrodku ciemności. Ale jeśli serce płonie, to czyż może być człowiekowi straszna ciemność?

Ewangelista używa dwóch czasowników opisujących to, co Jezus czynił ze Słowem. Pierwsze greckie „diermēneusen” – od „dia” i „hermeneuo” – oznacza „zinterpretować coś, wyjaśnić, rozjaśnić do końca”. „Dia” wskazuje na to, że chodziło o wyczerpujące, całościowe wyjaśnienie, na wskroś. Drugi czasownik „dienoigen” – od „dia” i „anoigo” dosłownie oznacza „otwierać drzwi na oścież, otwierać coś zupełnie, całkowicie”, a w sensie metaforycznym oznacza otwierać drzwi umysłu dla zrozumienia, czyli znaczenia, sensu tego, co się czyta”. Jezus otworzył im najpierw umysł, wyjaśnił, dotarł do ich serca, potem dopiero otworzyły im się oczy i Go rozpoznali.

Papież Franciszek w swojej ostatniej encyklice „Dilexit nos” nawiązuje do tej sceny i pisze: „Uczniowie z Emaus, podczas swej tajemniczej wędrówki ze zmartwychwstałym Chrystusem, przeżywali chwile udręki, zagubienia, rozpaczy, rozczarowania. A jednak, ponad tym wszystkim i pomimo wszystko, coś działo się w głębi ich wnętrza: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze?” (Łk 24, 32)” (4)

Są w nas różne warstwy. Uczniowie „zatrzymali się smutni”. a wraz ze smutkiem związany był zawód, strata i rozczarowanie. Opowiadają oni Jezusowi, co stoi za tym smutkiem, jaka myśl, niespełnienie, strata. Smutek jest dość ambiwalentny. W nim doświadczamy obecności jakiejś formy zła, ale smutek może być też przejawem miłości i więzi z innymi. Możemy się też smucić z powodów egoistycznych, bo nie otrzymaliśmy czegoś, co, jak sądziliśmy, powinniśmy otrzymać. Możemy również smucić się, bo się porównujemy i zazdrościmy. I tutaj można zazdrościć tak, że czujemy się zmotywowania do dobrego działania, zdrowej rywalizacji (choć wiemy, że i tutaj też łatwo wpaść w perfekcjonizm) albo pod wpływem zazdrości próbujemy zaszkodzić drugiemu. Gdy ktoś bliski ciężko zachoruje, smucimy się z powodu zła, cierpienia, które go dotknęło, ale też my współcierpimy z nim, ponieważ go kochamy, bo to bliska nam osoba. W uczniach było chyba wszystkiego po trosze.

Katechizm Kościoła uczy tak: „Uczucia są naturalnymi składnikami psychiki ludzkiej, stanowią obszar przejściowy i zapewniają więź między życiem zmysłowym a życiem ducha. Nasz Pan wskazuje na serce człowieka jako na źródło, z którego wypływają uczucia” (KKK, 1764) Dokładnie uczucia są czymś pomiędzy zmysłami a sferą duchową ( w tym rozumem). Są cielesne i w jakiś sposób duchowe. Ale uczucia, choć do końca nie wiemy jak, wypływają z naszego rozumu, nie jako cielesny odruch, ale jako coś, co ten odruch wywołuje. Uczucia wiążą ludzkie ciało z tym, co duchowe. Nie chodzi o duszę, która ożywia ciało, lecz o ducha obecnego w sercu. Dusza i duch to nie to samo. Zwierzęta i rośliny też mają duszę, czyli coś, co sprawia, że żyją, ale nie mają ducha. Ludzie mają oprócz duszy ducha, który bardziej „odpowiada” na pytanie, dlaczego i po co żyjemy. Dlatego uczucia są dla nas ludzi też pośrednikami sensu, ale i wyrazem miłości. To nie są tylko biologiczne odruchy ciała.

Uczucia są bardziej w sferze zewnętrznej człowieczeństwa, niezwykle istotnej, i połączone są z naszym sercem. Serce coś już wyczuwa, chociaż oczy jeszcze nie widzą, a rozum nie rozumie. Nie nadąża za sercem, bo jest w nim coś, co rozum nieskończenie przekracza. Jeśli serce już wyczuwa, zaprasza do głębszej relacji, chce z kimś być. Ewangelista mówi, że uczniowie przymusili go. Czemu? Bo ich serce czuło, że to jest bliski im człowiek, że dobrze z Nim być.

Papież Franciszek pisze: „Kiedy każdy z nas zastanawia się, poszukuje, medytuje nad własnym bytem i tożsamością lub analizuje najwyższe kwestie, kiedy myśli o sensie swojego życia, a także jeśli szuka Boga, nawet jeśli poczuł już smak odkrycia czegoś z prawdy, to wszystko to wymaga zwieńczenia w miłości. Kochając, człowiek czuje, że wie dlaczego i w jakim celu żyje (23) Włąściwie serce mamy dlatego, że stworzeni zostaliśmy do relacji, do miłości, do nieskończoności, a nie tylko do tego, by rozumieć. Franciszek dodaje: „Każda istota ludzka jest stworzona przede wszystkim dla miłości, jest uczyniona w swoich najgłębszych tkankach, aby kochać i być kochaną” (21) A bycie kochanym i kochanie polega głównie na bliskości, bezpośredniości relacji, wzajemnej wymianie, na dialogu.

Ostatecznie sensu nie znajdujemy w samym rozumie, lecz w sercu, które z biblijnego punktu widzenia „zawiera” w sobie także rozum. Jednak jest czymś znacznie większym. Myśl wedlug Biblii prowadzi do miłości. Słowo jest tylko pośrednikiem, jest tym przez co milość nas przywodzi. Ale dopiero gdy czujemy się kochani i kochamy „wiemy” po co żyjemy i dlaczego istniejemy.

Jezus posługując się słowem, swoją obecnością i gestem łamania chleba objaśnia i wyjaśnia uczniom nie tylko, kim ON jest, ale także kim oni są. To dlatego i w przeszłości tak ważne jest spotkanie z drugim człowiekiem. To dlatego tak bardzo dziś rozwijają się różne nurty psychoterapii, ponieważ dzięki obecności drugiego człowiek może poznawać siebie samego, swoje serce. Nieraz nie mamy dostępu do swoich uczuć, a nawet słaby do serca, bo tak nas wychowano. A uczucia są pośrednikami, podobnie jak słowo, między naszym sercem a naszą świadomością i działaniem. Potrzebujemy drugiego człowieka, aby zrozumieć, co kryje się za naszymi uczuciami, o jakiej „części” naszego serca nam mówią. Potrzebujemy też czytania, nie tylko Pisma świętego, by poznać siebie i mieć wgląd w swoje serce.

Dzisiejsza Niedziela jest też Niedzielą Słowa Bożego. W niebie nie będzie już potrzebne ani słowo, ani Pismo święte. Ale tu jst potrzebne. Jego czytanie, rozważanie może obudzić uczucia, pragnienia i otworzyć w ten sposób serce na sens, na poznanei prawdziwego Boga. Dzięki słowu rozważanemu poznajemy coraz bardziej, kim jesteśmy i jakie zadanie mamy do spełnienia w tym świecie. Możemy to robić w modlitwie „lectio divina”, gdzie głównym wyjaśniającym i otwierającym nasz umysł jest Duch Święty. Zgodnie z tym, co o czytaniu Słowa mówił starzec Zosima w „Braciach Karamazow”: „Zawsze, za każdym razem w modlitwie Twojej, jeśli będzie szczerą, nowe uczucie, a w nowym uczuciu i nowa myśl, której przedtem nie znałeś, a która cię pokrzepi, zrozumiesz wówczas, że modlitwa jest wychowaniem”. Czytanie Słowa Bożego jest w Kościele formą poznawania i kształtowania serca, czyli także sumienia.

Czasem potrzebujemy wyjaśnienia, czyli jakiegoś światła, innej perspektywy, który przyniesie nam brat lub siostra (niekoniecznie tylko prezbiter). Być może kłopot dziś w tym, że te interpretacje Słowa bardzo się różnią. Czasem przeczą sobie. Jest wiele zamętu z tego powodu. Niemniej mamy w Kościele narzędzia, by rozumieć Pisma i by pod ich wpływem rosła w nas miłość. Nie musimy mieć skończonej teologii i egzegezy biblijnej. Wystarczy czytać cierpliwie i wytrwale, prosząc Ducha Świętego, który w nas mieszka o światło. To On sprawia, że nasze serce z powolnego, otępiałego staje się sercem płonącym. To ON zmienia serce kamienne w serce z ciała zdolnego do ciepła, bliskości i miłości. Do kamienia nikt raczej przytulać się nie chce.

Dariusz Piórkowski SJ

Brat w wierze, jezuita, prezbiter w: Towarzystwo Jezusowe

0 komentarzy