W zeszłą niedzielę Jezus rozpoczął tzw. Kazanie na Górze (to jest nazwa redaktora współczesnego, bo za czasów Jezusa nie było jeszcze kazań:)) od błogosławieństw. Tutaj także nie mamy lepszego słowa, bo w gruncie rzeczy nie chodzi o słowo „błogosławiony”, lecz „szczęśliwy”. Można by użyć słowa 8 „szczęśliwości”, ale czujemy, że to dosyć koślawe określenie.
W każdym razie, Jezus wypowiada w swojej nauce (naprawdę nie lubię polskiego słowa „kazanie”, bo mi się kojarzy tylko z tym, by komuś coś kazać) osiem błogosławieństw, które w dużej mierze opisują Jego samego. Obrazują, kim docelowo ma stać się Jego uczeń. Błogosławieństwa są paradoksami, to znaczy pozornymi sprzecznościami, bo jak inaczej nazwać to, że Jezus nazywa szczęśliwymi tych, którzy się smucą, łakną i pragną, są ubodzy w duchu, znoszą coś niedogodnego. Kard. Ratzinger wyraża to prościej: „szczęśliwi nieszczęśliwi”. Oczywiście nie chodzi o wszystkie błogosławieństwa, bo bycie miłosiernym i łagodnym nie jest nieszczęściem:)
Friedrich Nietzsche wyśmiał te błogosławieństwa, ponieważ sądził, że Jezus i chrześcijaństwo zachęca ludzi do bierności, do ucieczki od tego świata który nasze niektóre pieśni nazywają „łez padołem”w jakieś puste obietnice szczęścia w przyszłości czy w niebie. Zresztą większość mistrzów podejrzeń uważała, że każda forma religii jest ucieczką od rzeczywistości.
Myślę, że to właśnie paradoks błogosławieństw wskazuje na to, że nie można tak interpretować błogosławieństw. Istotnie, wtedy zbawienie odsuwalibyśmy poza ten świat, poza czas i nasze obecne życie. Na pewno Jezus jest realistą, ale też objawia, jak w tym niedoskonałym świecie działa Bóg. Nie interweniuje tak, jak byśmy sobie często wyobrażali, to znaczy, błyskawiczną zmianą trudnych aspektów rzeczywistości czy naszego życia lub użyciem przemocy.
Właściwie to i w chrześcijaństwie (w Kościele) też czasem popadamy w pewne niezrozumienie błogosławieństw. Albo traktujemy je jak przykazania, albo czasem się buntujemy, nie rozumiejąc, o co w nich chodzi albo sądzimy, że to jest nieosiągalne dla przeciętnego człowieka. I my także możemy przesuwać zbawienie na czas po śmierci. I to robimy.
Ostatnio tak się zastanawiałem, dlaczego tak popularne stały się różne „pozakościelne” formy pomocy człowiekowi „tu i teraz”: psychoterapia, nauka uważności i medytacji, praca z uzależnieniami, praca z uczuciami i własnym ciałem. Dlaczego ludzie odwracają się od Kościoła i szukają gdzie indziej? Oczywiście, powodów jest wiele, ale jednym z nich może być to, że z chrześcijaństwa czynimy religię „after life”. Mówimy o zbawieniu tak, jakby ono miało wydarzyć się dopiero po śmierci. Jakby tutaj chodziło tylko o zaliczenie sakramentów i przyzwoite życie. Stało się tak, ponieważ odcięliśmy od chrześcijaństwa i Kościoła, istotne elementy Dobrej Nowiny. Nastąpiła jakaś dramatyczna redukcja chrześcijaństwa do systemu religijno-moralnego. Myślę, że właściwie to inaczej stać się nie mogło. Przy takim umasowieniu Kościoła, przy odsunięciu w nim formacji świeckich na boczny tor, trudno by było oczekiwać czegoś innego.
A przecież Jezus w Kazaniu na Górze mówi, że Królestwo Niebieskie działa i jest już dostępne tu i teraz. Popatrzmy na błogosławieństwa. Otwiera je stwierdzenie, że Królestwo niebieskie należy do ludzi ubogich w duchu. W centrum błogosławieństw są ci, którzy mają czyste serce. A cała reszta: bycie łagodnym, miłosiernym, wprowadzającym pokój, znoszącym prześladowani, płaczący, czyli współczujący z tymi, którzy płaczą wypływają z czystego serca.
Czym jest ubóstwo w duchu – ta dyspozycja otwierająca w sercu drzwi, aby weszło w nie królestwo niebieskie, czyli królowanie Boga? Nieco później Jezus wyraża to błogosławieństwo inaczej: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Nie po śmierci, ale teraz. U św. Marka jest to jeszcze nieco rozwinięte: „Jeśli się nie przyjmiecie królestwa Bożego jak dzieci, to do niego nie wejdziecie”. Znowu nie chodzi o „moment” po śmierci, lecz tu i teraz.
A więc ubogi w duchu oznacza taki, który stał się jak dziecko. Oczywiście nie w infantylizującym sensie, albo w takim, że inni za mnie wszystko będą robić. Do św. Pawła Jezus powiedział, że „moc w słabości się doskonali” albo „moc osiąga swoją pełnię w słabości, przez słabość”. Myślę, że bycie jak dziecko oznacza najpierw uznanie, że wszystko jest darem i postawę wdzięczności. Po drugie, bycie jak dziecko, czyli ubogi duchem, oznacza rozpoznanie i uznanie tego, że nie mam w sobie samym zasobów, aby się zbawić, uzdrowić, zmienić. To znaczy, nie chodzi o to, by wpaść w całkowity brak sprawczości, ale że potrzebuję pomocy, wsparcia, siły z góry, która przychodzi także przez innych ludzi. Zwłaszcza doświadczenie bezsilności, jakichś form zniewoleń pokazuje nam, że nie wszystko możemy. Królestwo Boże w nas działa tak, że oczyszcza nasze serca z kłamstw, które sprawiają, że czasem przyjmujemy postawę ofiary i…nic nie robimy, by nasze życie się zmieniło.
A czym jest serce czyste? Serce to centrum naszej osoby, do której sami nie mamy pełnego dostępu. Serce czyste to nie tyle wolne od wszelkich grzechów, lecz to serce, które, by użyć slangu jest „sfokusowane’ na jednym. W małżeństwie serce czyste można zrozumieć jako odddane jednej osobie, a nie kilku. Czyste serce to wyłączność w oddaniu siebie. Czyste serce to serce wolne: od przywiązań, które nas krępują i zniewalają, od skupienia uwagi i energii na tym, co ostatecznie nie nasyca naszych pragnień.
Takie serce to miał tylko Jezus. I z tego serca i przez nie płynie dopiero przeobrażająca nas, zbawiająca nas moc Boga. Nikt z nas nie może powiedzieć, że ma już w pełni czyste serce. Jesteśmy w drodze. Serce jest oczyszczane przez królestwo Boże działające tu i teraz i przyjmowane jak dziecko, jak ubogi w duchu. Im bardziej jest oczyszczane, tym więcej w nas miłosierdzia wobec siebie i innych, łagodności (czyli unikania przemocy i zemsty) Nie myliłbym też łagodności z wypartym gniewem i złością i zakładaniem maski opanowanego i cichego. Przez serce czyste płynie współczucie Boga wobec ludzi i świata, a także budowanie mostów, wprowadzanie pokoju. W końcu znoszenie prześladowań i cierpień dla królestwa Bożego, to znaczy, jest to bycie wiernym „zasadom” królestwa nawet wtedy, gdy inni to odrzucają lub chcą „unicestwić” tych, którzy żyją Ewangelią.
Czy Jezus miał w sobie wszystkie cechy, wszystkie błogosławieństwa? Czy też jako człowiek łaknął i pragnął sprawiedliwości, czyli świętości Boga? Przecież sam nazwany jest Sprawiedliwym w Ewangelii według św. Mateusza. Czy chodzi tylko o sprawiedliwość w konkretnej osobie czy w całym świecie? Myślę, że Jezus pragnął sprawiedliwości dla wszystkich.
To, co opisałem jest rozpoczęciem zbawienia tu i teraz. Oczywiście, obietnice dotyczące przyszłości pokazują, że uczniowie będą żyli w niedoskonałym świecie, także takim, w którym jest wiele obszarów ciemności. Jezus nie obiecuje cudownej przemiany świata. Natomiast obiecuje przemianę konkretnego człowieka, który będzie promieniował na świat i otoczenie.
I ten sam Jezus pokazuje, jak towarzyszyć duchowo, jak najpierw budować relację z człowiekiem nie pytając, czy żyje moralnie i i myśli poprawnie (przez jedzenie i picie z grzesznikami i celnikami Jezus rozpoczynał terapię ich serca). Jezus rozmawia z ludźmi, poświęca im uwagę, jest współczujący, nie potępia. Królestwo Boże przychodzi przez Niego, ale jako człowieka. Jezus uczy kontemplacji, bycia w ciszy. Od początku tworzy wspólnotę, grupę. Wyraża wszystkie ludzkie uczucia. Pokazuje jak panować nad swoimi odruchami, które czasem są destrukcyjne. Dba o ciało.
To, co dzisiaj oferują ludzie poza Kościołem, jest obecne w Ewangelii, a także, przynajmniej teoretycznie, w Kościele. Ale zaniedbane, zapomniane, przemilczane. Kościół to nie tylko sakramenty i kult. Ale generalnie, zwłaszcza u nas w Polsce, tak wygląda przeciętna parafia. Oczywiście, są wyjątki. Przy takiej wciąż dużej liczbie wiernych nie sposób, aby było inaczej. Ludzie jednak odwracają się od Kościoła, ponieważ szukają skutecznej pomocy tu i teraz, a nie dopiero po śmierci. Jezus mówi, że zbawienie w jakiejś mierze (bo przecież nie w pełni) jest już obecne teraz. Sęk w tym, że także wiele wierzących nie oczekuje albo nie chce realnego przyjęcia królestwa Bożego w swoim życiu. Taka forma chrześcijaństwa im odpowiada. A już sama liturgia we wszystkich sakramentach mówi o boskiej terapii, o leczeniu człowieka. Także modlitwa ma wymiar terapeutyczny jak również doświadczenie wspólnoty, której jednak często nie posiadamy na skutek masowości i anonimowości w Kościele.
Po południu dalszy ciąg na temat dzisiejszej Ewangelii.

0 komentarzy