Pan Bóg rzekł do Abrama: «Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród” (Rdz 12, 1-2)
„Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło” (Mt 17, 2).
Tak sobie myślę od rana, co łączy opowieść o wyjściu Abrama z rodzinnego kraju na wezwanie Boga ze sceną Przemienienia i Wielkim Postem. I nasuwa mi się kilka słów: zostawianie, tymczasowość, opuszczanie, przejście, droga, obietnica i nadzieja.
Abraham, nasz patriarcha – jak nazywa go Kanon Rzymski, i jego droga jest obrazem i wzorem wiary. Czytamy, że na wezwanie Boga Abram opuszcza swój dom oraz rodzinny kraj i wyrusza w drogę, trochę w nieznane. Ale nie idzie nie wiadomo po co albo żeby chodzić w kółko po pustyniach i stepach. Siłą napędową jego wędrówki jest obietnica Boga, właściwie tylko słowo Boga. W chwili wyjścia Abram idzie pociągnięty obietnicą, że stanie się wielkim narodem. Gdzie? Kiedy? W jaki sposób? To w tej chwili nie jest mu ukazane.
Abram słysząc wezwanie Boga ma 75 lat. Jest to już człowiek w podeszłym wieku. W tych latach to czasem o wiele mniejsze zmiany w życiu są dla człowieka trudne. Ale iść w nieznane, wiedząc, że już nie wrócę do domu rodzinnego? Abraham poszedł, bo, niewątpliwie, obietnica bycia wielkim narodem, musiała jakoś spotkać się z jego pragnieniami. Więc to nie przypadek, że to Abram, a nie kto inny, został wezwany przez Boga. Abram nie powiedział: „A po co mi ten wielki naród? Źle mi tu? Mam wszystko co trzeba do życia” , ponieważ obietnica trafiła do człowieka, który miał pragnienia. Zwróćmy jednak uwagę, że Abraham nie doczekał się tego wielkiego narodu i błogosławieństwa. Umierając pozostawił po sobie jednego syna z Sary i Izmaela z niewolnicy Hagar. Nadto jeszcze po drodze został wystawiony na próbę, aby tego jedynego syna ofiarować w ofierze – i był gotów to zrobić, chociaż po ludzku to był absurd. Bóg obiecuje wielki naród i jednocześnie każe ofiarować jedynego syna, z którego ten naród ma powstać.
Być może Abramowi łatwiej było wyjść z domu rodzinnego, ponieważ taki miał tryb życia: wędrówka z całym dobytkiem, mieszkanie w tymczasowych namiotach. Im więcej człowiek posiada, im bardziej jest przywiązany do tego, co ma, im mu jest bardziej komfortowo i bezpiecznie tak, że niemal wrósł korzeniami w ziemię, tym trudniej jest to wszystko zostawić.
Abraham jest ojcem wiary, która jest zaufaniem obietnicy, zostawianiem i opuszczaniem, oraz drogą,wyborem pełni wolności.
Jezus ukazuje na chwilę swoje bóstwo wybranym trzem uczniom. Dlaczego? Aby dać im nadzieję w czasie, gdy Jezus zawiśnie na krzyżu i tam nie będzie widać oczami ludzkimi żadnej chwały, raczej tragiczny koniec. Ostatecznie chodzi o trafienie do rzeczywistości, która jest JAK słońce, JAK światło. Nie mamy słów, by ją opisać. Wszystko jest o wieczności tylko przez porównania i metafory. Przemienienie to jest obietnica dla nas, nadzieja, że chociaż jeszcze żyjemy w tym świecie, i wiele trzeba będzie jeszcze przejść i wszystko zostawić, to czeka nas podobna chwała. Ale nasza wiara i nadzieja opierają się, podobnie jak w przypadku Abrama, na słowie Boga, na zaufaniu Temu, kto mówi.
W Wielkim Poście, właściwie w całym roku, chodzi o dojrzewanie w wierze. Zdominowanie narracji wielkopostnej przez wąskie rozumienie nawrócenia i skupienie na grzechu zamyka nam oczy na to, że istotną częścią wiary jest opuszczanie, zostawianie, ostatecznie dążenie do wewnętrznej wolności. Kiedy Jezus mówi o pójściu za Nim, wprost wzywa do wyrzekania się wszystkiego, co posiadamy, nadto swego życia i siebie samego. I nie mówi tego tylko o mnichach, pustelnikach i samotnikach. Każdy uczeń jest do tego wezwany: mąż, ojciec, żona, matka, przedsiębiorca, naukowiec, rolnik i polityk. Co więcej, to warunek konieczny, aby móc stać się jak Mistrz. Interesujące, żę tutaj nie mówi nic o grzechu. Nie rodzimy się w pełni wolni. I tak chyba musi być. Dom, wychowanie, rodzina są konieczną formą początkowego wzrostu, ale później powinien nastąpić czas „wyjścia”, opuszczania. Aby móc pójść za swoim powołaniem trzeba zostawić mentalnie dom, a nawet wiele dobrych przyzwyczajeń wyniesionych z domu. Dziś nawet z tym mamy problem. A odnosząc to do wiary tym domem jest całe nasze życie tutaj. Je także musimy zostawić, to znaczy, być wolnymi wobec wielu dobrych rzeczy, które są tylko etapem, czymś przejściowym, z czego mamy korzystać, ale nie przywiązywać się do nich. Musi być w naszym życiu coś, co „reguluje” nasz stosunek do wszystkich rzeczy stworzonych. Św. Ignacy mówi, że to właśnie jest częścią naszego osobistego rozeznania. Co nam pomaga, a co przeszkadza na danym etapie w wierze, w dojrzewaniu, w miłości. Wolność zakłada, że trzeba zostawiać nie tylko to, co nas zniewala, ale też to, co spełniło swoją rolę.
Jezus nie wyrzekał się czegoś złego, grzechu, niedobrych nawyków. Jezus wyrzekł się swojego życia, ale nie dlatego, że ono jest złe, że ten świat jest zły. Przeciwnie, dlatego że życie i świat są dobrem. Ponieważ był wewnętrznie wolny mógł je ofiarować za nas, w imię tego, abyśmy wszyscy mogli żyć w niedostępnej światłości. Pociągało go większe dobro, przekraczające to, co widzą nasze oczy.
Myślę, że to właśnie z zostawianiem tego, co dobre, co nam służy, w czym upatrujemy jakąś wielką korzyść dla nas mamy większy kłopot niż z grzechem. Błędna koncepcja czystości serca oparta na moralizmie zakłada, że czystość to brak grzechów. Nie. Czystość to brak przywiązań do dobrych rzeczy, nie dla samego braku, ale aby móc iść w kierunku większego dobra. To, co usłyszał Abraham, było nie do wyobrażenia dla niego, choć bardzo pociągające. To, co ukazał Jezus apostołom, było pociągające, chociaż spoza jakiegokolwiek ich dotychczasowego doświadczenia.
Mamy mnóstwo różnych przywiązań. Część z nich jest naturalna, ale część nieuporządkowana, to znaczy, że wtedy krępują one naszą wolność. Trudno nam je zostawić, ponieważ sądzimy, że bez tych dóbr umrzemy. A jednocześnie za przywiązaniami kryje się pragnienie wiecznego, niezmiennego dobra. Tak, ostatecznie za naszymi nieuporządkowanymi przywiązaniami kryje się lęk i pragnienie tego, co nigdy się nie kończy. Wszyscy szukamy stabilizacji, bezpieczeństwa, zakorzenienia. To normalne. A jednak Jezus mówi, że nawet to musimy w którymś momencie zostawić. Ten świat, chociaż jest dziełem Boga i naszym, jest dla nas przejściowy. Nie w takm sensie, że kiedyś, na końcu, świat zostanie zniszczony czy „rozebrany” jak scenografia w teatrze. Bóg nie niszczy niczego, co stworzył. A na tym świecie my kontynuujemy Jego dzieło.
Świat jest przejściowy, czyli jest czymś „do przejścia”, póki co jest miejscem nauki, doświadczenia, przemiany serca. Ma być drogą do pełni wewnętrznej wolności. Nie mamy też traktować świata i naszego życia jako pewnego eksperymentu, jako czegoś, o co nie mamy się troszczyć.
Pięknie ten proces opisuje II Prefacja Wielkopostna. Czytamy w niej, że w czasie Wielkiego Postu (ale też całego życia) Bóg daje nam „czas łaski i zbawienia, abyśmy oczyścili serca od nieuporządkowanych przywiązań i wśród spraw doczesnych troszczyli się przede wszystkim o wieczne zbawienie”. Druga część po łacinie brzmi tak: „sic incúmberent transitúris ut rebus pótius perpétuis inhærérent”. Przetłumaczyłbym to nieco inaczej niż w tłumaczeniu polskim: „aby przykładając się do tego, co przemijające, przylgnęli raczej do rzeczy wiecznych”
Jesteśmy wezwani do rzeczy trudnej, po ludzku niemożliwej. Mamy troszczyć się, przykładać do spraw tego świata, mając świadomość, że dla nas są one przejściowe. Dlatego nie powinniśmy przylgnąć, przywiązać się do nich, jakby już nic więcej nic innego nas nie czekało i nie odcinając się od autentycznego zaangażowania w sprawy tego świata, w rodzinę, dom, bycie przedsiębiorcą, politykiem, rolnikiem przylgnęli, przywiążali się do spraw wiecznych, których jednakowoż nie widzimy, nie doświadczamy tak jak widzialnych dóbr.
To jest właśnie wyzwanie wiary, pewien niesamowity paradoks, ale i nieustanne napięcie, tak jak w człowieku: jesteśmy ciałem i duchem. Potrzebujemy chleba, ale nie samym chlebem żyjemy. Musimy dbać o ciało, o ten świat, o drugich, o środowisko, ale jednocześnie o pokarm dla ducha. Nie można zaniedbać jednego i drugiego, chociaż doświadczenie pokazuje, że zdecydowanie łatwiej nam zająć się tym, czego doświadczają nasze zmysły i do tego się przywiązujemy niż do tego, co niewidzialne. A nasz duch rozwija się najbardziej w narastającej wolności, aby zawsze móc zostawić to, co być może dotąd nam służyło albo to, co nam szkodzi, aby pójść dalej, aby dążyć do większego dobra. Wiara jest twórczością. Tylko wolność wewnętrzna umożliwia rozkwit tej twórczości.
Ale też nie chodzi o to, by świat przeciwstawiać niebu. To, co wieczne, niewidzialne, jest już obecne pośrodku tego przemijającego świata. Nie dopiero po śmierci. Pośrodku spraw przemijających mamy się troszczyć o sprawy wieczne. Nie poza nimi.
Być może zostawianie jest tym bardziej trudne, gdy z naszego życia znika nadzieja, gdy niczego innego się nie spodziewamy, gdy nie wierzymy w obecność wieczności pośrodku tego przejściowego świata. gdy nie wierzymy słowu Boga. Bo w imię czego mielibyśmy zostawiać coś dobrego, jeśli będzie trzeba? Im bardziej odcinamy nasze życie „przejściowe” od wieczności, od Boga, tym bardziej się przywiązujemy. Bo człowiek to taka istota, która chce gdzieś spocząć, przylgnąć do czegoś, zakorzenić się, nasycić się. Ale dobra stworzone nas w pełni nie nasycą. Odwiązać sie możemy tylko dzięki usłyszanemu Słowu. Zarówny gdy chodzi o przywiązania do dobrych rzeczy jak i już patologiczne przywiązania do dobrych rzeczy, które stały się uzależnieniami. Paradoks wiary polega na tym, że mamy się zakorzenić w tym, czego nie widzimy, nie słyszymy, nie czujemy. A to zakłada bycie w nieustannej wewnętrznej wędrówce: od jednego do drugiego etapu.

0 komentarzy